Statystyczny pracownik co miesiąc wpłaca na ten fundusz 2,6 zł. Przez lata uzbierało się w nim ponad 3 mld zł w środkach pieniężnych. W teorii fundusz ten chroni roszczenia pracowników, w przypadku gdy zakład pracy, w którym pracują, zbankrutuje. Kłopot w tym, że składka nadal jest pobierana, chociaż mamy ponad 3 mld zł w środkach pieniężnych i 2 mld zł w należnościach, a co roku wydajemy ok. 200 mln zł.


Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych to instytucja powstała ponad 20 lat temu, w czasach, gdy spora grupa zatrudnionych w przemyśle robotników boleśnie przekonywała się o tym, czym naprawdę jest transformacja i zaciskanie pasa. To był trudny okres dla polskiej gospodarki – codziennie upadało jakieś przedsiębiorstwo państwowe, tysiące ludzi traciło pracę.
Przeczytaj także
Zwolnieni, którzy nie mogli lub nie nadawali się do znalezienia żadnego innego zatrudnienia – często masowo udawali się do ZUS-u po renty. Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych powstał po to, by ze składek pracujących pokrywać koszty zaległych wypłat dla tych, którzy stracili zatrudnienie na skutek upadłości firmy.
ReklamaZobacz także
Dzisiaj sytuacja ekonomiczna na rynku jest zupełnie inna – co roku mamy ok. 700 upadłości firm. To blisko dwukrotnie mniej niż 16 lat temu. Od 2000 roku spadła też stopa bezrobocia – z ponad 20% do ok. 10% (m.in. dzięki emigracji zarobkowej).
1,6 tys. zł na rękę – przeciętna w polskiej mikrofirmie

W mediach trwa dyskusja o podniesieniu kwoty wolnej od podatku z 3 tys. do 8 tys. a najlepsze w tym wszystkim jest to, że zaliczka na podatek dochodowy stanowi maks. 16% wszystkich obciążeń zawartych w wynagrodzeniu. Tak! Zajmujemy się kompletnie nie istotnym składnikiem wynagrodzenia pomijając m.in. Fundusz Pracy, który od lat marnotrawi kasę na bezsensowne szkolenia bezrobotnych oraz Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych - pisze Łukasz Piechowiak.
W 2015 roku w Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych mieliśmy 3 mld zł w środkach pieniężnych i 2 mld zł w należnościach. Dochody ze składek wyniosły prawie 400 mln zł. Łączne wydatki nie przekroczyły 190 mln zł. Z tego prawie 2 mln zł wyniosły koszty związane z poborem składki.

Oznacza to, że środków na koncie funduszu systematycznie przybywa
Prawdopodobieństwo, że zabraknie pieniędzy na zaległe wypłaty jest minimalne, tzn. fundusz musiałby w jednym roku wypłacić ponad 3 mld zł zaległych pensji, co statystycznie musiałoby przełożyć się na 250 tys. świadczeniobiorców, którym pracodawca zalega przeciętnie 12 tys. zł brutto (3 średnie pensje). FGŚP wypłaca zaległe wynagrodzenia za okres nie dłuższy niż 3 miesiące, przy czym wypłata za jedną zaległą pensję nie może przekroczyć wartości przeciętnego wynagrodzenia (ok. 4 tys. zł brutto; 2,8 tys. zł netto).
Przeczytaj także
Innymi słowy, by w FGŚP zabrakło pieniędzy, w jednym roku zatrudnienie, na skutek upadłości, musiałoby stracić 4,5% wszystkich pracowników zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw, przy czym każde z tych upadłych przedsiębiorstw musiałoby nie mieć możliwości zaspokojenia tych roszczeń.
Zatem po co dalej co miesiąc płacimy średnio te 2,6 zł miesięcznie?
Nie dość już, że co roku tracimy 2 mln zł rocznie na pobór tej składki? Co miesiąc dokładamy do funduszu, chociaż prawdopodobnie nigdy nie będziemy w stanie wydać tych pieniędzy zgodnie z ustawą. Jedna z teorii mówi o tym, że chodzi o to, by pomniejszyć relację zadłużenia sektora finansów publicznych do PKB. Inna, moim zdaniem bardziej prawdopodobna, po prostu nikt się tym nie zainteresował. A szkoda, bo to chyba jedyna instytucja w Polsce, która dysponuje tak dużymi wolnymi środkami pieniężnymi.
Niemniej skoro zasoby tego funduszu są tak duże, to naprawdę nie ma sensu pobierać z wynagrodzeń 0,01% miesięcznie na jego dalsze zwiększanie. 2,6 zł to niedużo, ale to pieniądze pracowników (chociaż składka jest po stronie pracodawców). W roku mogliby za to kupić co najwyżej bilet do kina. Ale to ich bilet.






























































