Od początku roku indeks CRB – obrazujący ceny szerokiej palety surowców – wzrósł o blisko 11%. Drożejących surowców nie widzieliśmy od trzech lat, a przy stabilnych cenach ropy oraz taniejącej miedzi i węgla wielu inwestorów z Polski mogło nawet nie dostrzec kiełkującej hossy.

Źródło: Thinkstock
Liczby nie kłamią, choć na pierwszy rzut oka wyglądają wręcz niewiarygodnie. Ale to prawda. Od początku roku indeks CRB poszedł w górę o 10,9%. Po przetestowaniu dna w listopadzie i styczniu CRB ostro ruszył w górę i przełamał górne ograniczenie blisko 3-letniego trendu spadkowego.
Dla tych, którzy nie monitorują na bieżąco rynku surowcowego, musi być to spore zaskoczenie, ponieważ najpopularniejsze surowce przemysłowe nie wykazują żadnych oznak życia. Mimo groźby obłożenia Rosji zachodnimi sankcjami, notowania ropy naftowej jakby nigdy nic oscylują w przedziale 103-113 USD za baryłkę. Miedź w Londynie od początku roku potaniała o ponad 8%, w porywach taniejąc nawet o tysiąc dolarów na tonie. Ceny węgla koksującego wciąż szukają dna, a notowania srebra powróciły do poziomów z początku roku.
Ropa i miedź to nie wszystko
Tyle że popularne surowce to nie wszystko. Tegorocznym hitem inwestycyjnym jest kawa – produkt, z którego wielu inwestorów korzysta codziennie, ale rzadko kiedy śledzi jego ceny. Od początku roku notowania kawy poszły w górę o… 84%, osiągając najwyższe ceny od dwóch lat. Drugą gwiazdą jest wieprzowina – półtusze na giełdzie nowojorskiej w tym roku dały zarobić już 45%. Podium uzupełnia nikiel, który dzięki zamieszaniu wokół Rosji (kombinat Norylski Nikiel) oraz wstrzymaniu dostaw z Indonezji podrożał o 33% i osiągnął najwyższe ceny od 15 miesięcy.
Od stycznia drożeją także płody rolne. Kukurydza i pszenica na amerykańskich giełdach kosztują ponad 20% więcej niż na koniec grudnia. Sok pomarańczowy podrożał o 18%, a soja o 17%. Kontrakty na kakao poszły w górę o 9,7%, a na rzepak i cukier po 7,2%. Nawet już mitycznie tani amerykański gaz jest o 11% droższy niż pod koniec grudnia, powracając do cen z roku 2011. Do tego dochodzą metale szlachetne: złoto jest na plusie 8,2%, a pallad 13,3%.
Czy to początek hossy?
Na kolejną odsłonę cyklicznej surowcowej hossy czekamy od blisko dwóch lat. Nie zainicjowało jej ani gigantyczne QE3 autorstwa Rezerwy Federalnej, ani poprawa koniunktury w amerykańskim budownictwie mieszkaniowym, ani zakończenie recesji w strefie euro. Górę wzięły obawy przed „twardym lądowaniem” gospodarki chińskiej, która jest dominującym odbiorcą wielu surowców przemysłowych.
Patrząc pod tym kątem, nadal nic nie zapowiada nadejścia surowcowej hossy. Chiny są bliskie implozji potężnej bańki kredytowej, gospodarka USA zamiast przyspieszyć wpadła w kolejną zadyszkę (PKB w Q1 zapewne rósł w tempie zbliżonym do 1%), zaś ożywienie gospodarcze w strefie euro jest słabe.
Z drugiej strony w ramach klasycznego cyklu koniunkturalnego (ożywienie-boom-spowolnienie-recesja) i związanego z nim cyklu rotacji aktywów (akcje-surowce-obligacje-gotówka) teraz nadszedłby czas właśnie na wzrost cen surowców. Być może mamy do czynienia właśnie z taką sytuacją, że większość analityków i ekonomistów prognozujących malejące lub stabilne ceny surowców właśnie straciła z oczu najbardziej oczywistą rzecz w gospodarce, czyli nieubłaganą cykliczność koniunktury.
Krzysztof Kolany
Analityk Bankier.pl






























































