

W budżetówce znacznie trudniej niż w sektorze prywatnym o podwyżkę. Pracownicy wskazują, że po przyszłorocznej podwyżce płacy minimalnej właśnie tyle mogą zarabiać i oczekują podwyżek. Jeśli nie, mogą chętnie zmienić pracę.
W pracy przede wszystkim chodzi o pieniądze - zdaniem niektórych to największy motywator. Minorowe nastroje panują jednak w sektorze publicznym. Kolejny rok wysokiej inflacji i kolejny rok niedocenienie ze strony rządzących. Pracownicy mówią wprost - chcą podwyżek lub zmienią pracę.
Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa na początku czerwca apelował o 30-proc. podwyżki dla budżetówki i to natychmiastowe. Podwyżek domaga się także Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych. Związki Zawodowe oczekują 20-proc. wzrostu jeszcze w tym roku i kolejnych 24 proc. w 2024 roku.
OPZZ uważa, że w pierwszej kolejności powinny wzrosnąć wynagrodzenia pracowników sektora publicznego. Średnioroczny wskaźnik wzrostu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej w bieżącym roku wynosi tylko 107,8% przy prognozowanej inflacji w wysokości 12%. Taki scenariusz jest nieakceptowalny, bowiem wynagrodzenia pracowników sektora finansów publicznych po raz kolejny realnie zmniejszą się. Tylko w 2022 r. spadły realnie o 5,3%. Oczekujemy więc mocnego odbicia płac w roku 2024 i zrekompensowania pracownikom strat, które ponieśli w ostatnich latach - mówi Norbert Kusiak, dyrektor Wydziału Polityki Gospodarczej OPZZ.
Proponujemy podwyżki dla sfery budżetowej w 2024 r. nie na poziomie 6,6 proc., jak chce rząd, ale co najmniej w wysokości 20 proc. — mówi w rozmowie z Business Insiderem prof. Jacek Męcina, przewodniczący zespołu ds. budżetu, wynagrodzeń i świadczeń socjalnych Rady Dialogu Społecznego (RDS), doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Porozumienie niby jest, ale to za mało
I choć na początku czerwca "Solidarność" podpisała z rządem porozumienie ws. podwyżek w sektorze publicznym, to dla wielu związków zawodowych i pracowników nie jest ono satysfakcjonujące. Co ciekawe, sama treść porozumienia nie została w pełni ujawniona.
Jednak na stronie kancelarii premiera, możemy przeczytać, że pracownicy budżetówki mają otrzymać jednorazowe nagrody specjalne. Pracownicy spodziewali się podwyżek wynagrodzenia, które na stałe zwiększą ich pensję (dzięki czemu wyższa byłaby też podstawa, od której będą liczone podwyżki w kolejnych latach).
Pracownicy budżetówki na niższych szczeblach czują się poszkodowani przez stosunkowo wysokie podwyżki płac minimalnych w ostatnich latach, które doprowadziły do spłaszczenia się piramidy wynagrodzeń w państwowych i miejskich instytucjach. A pieniądze na podwyżki, jeśli się już znalazły, to głównie dla osób zarabiających pensję minimalną - reszta pracowników często musiała o podwyżkach zapomnieć.
W urzędach zabraknie rąk do pracy?
O brakach kadrowych w budżetówce wiadomo nie od dziś. Specjaliści z wieloletnim doświadczeniem i znajomością przepisów mogą liczyć w sektorze prywatnym na atrakcyjniejsze wynagrodzenie niż w budżetówce. Innym problemem jest to, że wielu pracowników ma jedynie kilka lat do emerytury, młodsi zaś niekoniecznie garną się do pracy w urzędach.
- Niski poziom płac w sferze budżetowej zmniejsza atrakcyjność pracy, co skutkuje erozją kadr w sektorze publicznym. To hamuje rozwój państwa — wyjaśnia prof. Męcina, przewodniczący zespołu ds. budżetu, wynagrodzeń i świadczeń socjalnych Rady Dialogu Społecznego (RDS), doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.
- Przedsiębiorcy nie godzą się na pogarszającą się jakość usług publicznych, bo może to stanowić kolejną barierę prowadzenia działalności gospodarczej i rozwoju przedsiębiorstw – dodaje prof. Męcina.
- Już teraz nie ma chętnych do podejmowania pracy w sferze publicznej. Wystarczy przeanalizować liczbę ogłoszeń o pracę publikowanych przez administrację. Lata 90., gdy wiele osób zabiegało o stabilną pracę w jednostkach publicznych, już dawno minęły. Na pewno część osób z odpowiednimi kwalifikacjami przejdzie do sektora prywatnego. W praktyce powinno być na odwrót, biorąc pod uwagę wyzwania związane np. z rozwojem sztucznej inteligencji. Administracja nie poradzi sobie bez zatrudnienia specjalistów — podkreśla z kolei Norbert Kusiak.
JM





























































