Blok BRICS, który obecnie zrzesza Brazylię, Rosję, Indie, Chiny i RPA, jest wewnętrznie podzielony i nie łączą go wspólne wartości, dlatego trudno będzie mu zagrozić dominacji grupy G7, jak życzyłby sobie Pekin – ocenił południowoafrykański dziennik „Mail and Guardian”.


Na niedawnym szczycie w Johannesburgu BRICS ogłosił decyzję o zaproszeniu do bloku kolejnych sześciu państw: Arabii Saudyjskiej, Argentyny, Egiptu, Etiopii, Iranu i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Część komentatorów odebrała plan rozszerzenia BRICS jako wyzwanie dla siedmiu spośród największych gospodarek świata, skupionych w grupie G7, gdzie dominują państwa zachodnie.
„Przewodniczący Chin Xi Jinping chciałby, aby poszerzone BRICS stało się istotnym wyzwaniem dla G7, ale G7 prawdopodobnie utrzyma swoją dominację w przewidywalnej przyszłości z powodu swoich wspólnych wartości. Stosunkowo równa dystrybucja dochodu i sama potęga silników gospodarczych G7 sprawiają, że pretendenci z BRICS+6 mają trudne zadanie” – ocenił na łamach „Mail and Guardian” ekonomista pracujący w grupie Good Governance Africa i na uniwersytecie w Johannesburgu Ross Harvey.
Skrótowiec BRIC na określenie Brazylii, Rosji, Indii i Chin ukuł w 2001 roku ekonomista Goldman Sachs Jim O’Neill, a formalny blok tych państw powstał w 2008 roku na marginesie szczytu G8. Później z grupy G8 usunięto Rosję za inwazję na Krym w 2014 roku, a trzy lata wcześniej do BRIC dołączyła RPA, wydłużając akronim do obecnego BRICS.
Motywacją do stworzenia grupy było udzielenie gospodarkom wschodzącym głosu w sprawach globalnych w świecie zdominowanym przez Stany Zjednoczone. Chęć podważenia tej dominacji widoczna jest do dziś. Na przykład prezydent Brazylii Luiz Inacio Lula da Silva sugerował w tym roku, że państwa BRICS nie powinny być zależne od amerykańskiego dolara i powinny handlować między sobą we własnych walutach.

Eksperci od lat stawiają jednak pod znakiem zapytania gospodarczą, polityczną i ideologiczną spójność tej grupy. Różnice polityczne są zaś jej największym zmartwieniem – ocenia Harvey.
Jako przykład podaje zamieszanie, jakie przed ostatnim szczytem wywołała perspektywa obecności Władimira Putina, ściganego przez Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) za zbrodnie wojenne na Ukrainie. W przypadku wizyty Putina RPA jako sygnatariusz Statutu Rzymskiego byłaby zobowiązana do jego aresztowania. Ostatecznie po „dyplomatycznych manewrach” Putin pozostał w Rosji – przypomina komentator „Mail and Guardian”.
Harvey zwraca też uwagę na rozbieżności wśród proponowanych nowych członków grupy. Poza Argentyną i Etiopią, są to kraje czerpiące dochody z ropy naftowej i nieposiadające silników zróżnicowanego rozwoju. Według niego żaden z nich nie może poszczycić się doskonałymi osiągnięciami w zakresie praw człowieka, a ich rządy nie są przykładami dobrego zarządzania państwem. „Wydaje się, że partnerstwo z wątpliwymi reżimami jest wbrew naszym politycznym i gospodarczym interesom” – konstatuje ekonomista z RPA.(PAP)
anb/ adj/





























































