Drugi miesiąc z rzędu stopa bezrobocia rejestrowanego pozostała na tym samym poziomie. Brak spadku oficjalnego bezrobocia w sezonowo sprzyjających miesiącach letnich to niepokojący sygnał.


Coś się na polskim rynku pracy zacięło. Taki przynajmniej wniosek można wyciągnąć obserwując tylko statystyki bezrobocia rejestrowanego. Według danych MRPiPS w sierpniu stopa bezrobocia wyniosła 7,1 proc. i pozostała na tym samym poziomie co w lipcu i czerwcu. Liczba bezrobotnych "rejestrowych" zmalała względem lipca o śladowe 2,6 tys. osób.
Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca! Miesiące wiosenne i letnie przynoszą sezonowy wzrost zapotrzebowania na pracowników (w rolnictwie, budownictwie czy turystyce) i w tym okresie stopa bezrobocia z reguły maleje. Miesięczny spadek stopy bezrobocia w sierpniu odnotowano w 16 z 22 ostatnich lat. A już regułą jest (był?) jej spadek w okresie względnie dobrej koniunktury gospodarczej.
Polska gospodarka rośnie w tempie 4 proc. rocznie. W takich warunkach zapotrzebowanie na pracę powinno się zwiększać, co przy obserwowanym od kilku kwartałów spadku liczby ludności w wieku produkcyjnym (ceteris paribus) powinno skutkować spadkiem stopy bezrobocia. Tymczasem po raz pierwszy od 5 lat w sierpniu nie odnotowano spadku stopy bezrobocia. Przypomnijmy, że latem 2012 roku Polska wchodziła w okres drastycznego spowolnienia gospodarczego (roczna dynamika PKB spadła z ok. 5 proc. do niemal zera).
Równocześnie tak niskiego bezrobocia w sierpniu nie doświadczyliśmy od roku 1990. Czyli od transformacji ustrojowej, której jednym z przejawów była zamiana bezrobocia ukrytego w bezrobocie jawne. Zatem z mamy bardzo niskie jak na polskie warunki bezrobocie (wg. Eurostatu w lipcu wyniosło ono tylko 4,8 proc.), które nie chce już spadać pomimo dobrej koniunktury gospodarczej.

Wyjaśnień tego fenomenu może być kilka. Jedna z możliwości jest taka, że kto chce pracować, ten już pracuje i że na rynku po prostu nie ma już zbyt wielu ludzi zdatnych do pracy. Oznaczałoby to, że w rejestrach bezrobotnych figurują już tylko (albo prawie tylko) osoby, które tak naprawdę nie są zainteresowane podjęciem legalnego zatrudnienia oraz osoby akurat zmieniające pracę. Byłaby to bardzo zła wiadomość dla Polski. Oznaczałoby to, że nasza gospodarka już teraz natrafiła na barierę wzrostu wynikającą z braku rąk do pracy.
Ale są też inne wytłumaczenia. Wśród bezrobotnych (czyli poszukujących pracy) mogą dominować osoby o kwalifikacjach i predyspozycjach, których rynek obecnie nie potrzebuje lub nie ceni zbyt wysoko. Za to pracodawcy dość powszechnie skarżą się na brak odpowiednich pracowników, zwłaszcza przy pracach technicznych lub fizycznych.
Ponadto nie możemy zapomnieć, że poza rynkiem pracy mamy przeszło 5-milionową armię biernych zawodowo w wieku produkcyjnym. To ludzie, którzy nie mają płatnej pracy i nie są nią zainteresowani jej podjęciem. Części z nich nie opłaca się pójść do pracy przy obecnie oferowanych stawkach. Zwłaszcza że w tej grupie nie brakuje takich, którzy są w stanie więcej dochodu uzyskać z zasiłków socjalnych niż z legalnej pracy. Ich kalkulacja jest zatem racjonalna. Takich ludzi do podjęcia zatrudnienia mogłyby zachęcić dwa czynniki: wzrost wynagrodzeń netto (czyli podwyżki stawek brutto lub obniżka podatków od pracy) lub ograniczenie zasiłków socjalnych.
Zatem w tym przypadku piłka jest po stronie rządu oraz pracodawców. Być może doszliśmy do punktu, w którym dalszy wzrost zatrudnienia (i spadek bezrobocia) jest możliwy tylko w przypadku wyższych płac (na co przedsiębiorstwa mimo dobrej koniunktury wciąż godzą się bardzo niechętnie) lub niższego opodatkowania pracy i niższych (przynajmniej relatywnie) świadczeń społecznych.
Krzysztof Kolany





























































