Decyzja premiera sprowadza się do redystrybucji dochodu – za korzystanie z autostrady przez podróżnych zapłacą wszyscy podatnicy. Operator A1 i tak dostanie swoje. Rząd powinien więc przedstawić koszty takiego rozwiązania dla budżetu państwa i podzielić go przez liczbę mieszkańców. Aby każdy wiedział, ile zapłacił za przejazd A1, nawet jeśli nigdy nią nie podróżował.


Sedno problemu leży gdzie indziej: dlaczego w ogóle mamy płacić za publiczne drogi zbudowane za nasze podatki?! Dawno temu, jeszcze w latach 90-tych XX wieku, rząd obiecał, że pieniądze z podwyżek akcyzy będą przeznaczone na budowę dróg. Było to kłamstwo. Następne rządy bezlitośnie podnosiły opodatkowanie paliwa, wprowadziły „opłatę paliwową” i podniosły VAT – z tych pieniędzy przez 20 lat można było pokryć siecią autostrad i dróg szybkiego ruchu cały kraj.
Lecz tego nie zrobiono, pieniądze zmarnowano lub rozkradziono. Za korzystanie z autostrad zbudowanych z naszych podatków i unijnych dotacji jeszcze musimy płacić. Ale jeśli już musimy, to płaćmy z sensem. Zamiast niewydolnych i kosztownych bramek zastosujmy sprawdzone rozwiązania. W Czechach czy Austrii kupuje się winietę uprawniającą do korzystania z dróg szybkiego ruchu. Jeśli ktoś jeździ często, kupuje abonament całoroczny. Jeśli chce tylko raz w roku pojechać nad morze, kupuje 7- lub 14-niową. I jest taniej niż w Polsce. Prosty, sprawdzony i uczciwy sposób. Ale kto wtedy ratowałby nas przed problemami, które sam stworzył?
Zobacz także
Krzysztof Kolany




























































