Piątek był ostatnim dniem roboczym 2011 roku. Kursy zamknięcia z tej sesji wyznaczają roczne stopy zwrotu publikowane w historycznym almanachach. Choć ma to znaczenie tylko psychologiczno-symboliczne, to giełdowe niedźwiedzie z lekką satysfakcją odnotowały, że indeks S&P 500 zakończył rok niżej niż go rozpoczął, tracąc cztery setne punktu.
O wszystkim zdecydowało ostatni pięć minut handlu, w czasie których S&P 500 oddał ponad trzy punkty. To właśnie końcówka piątkowej sesji przesądziła o jej spadkowym charakterze. Honoru post-kryzysowej hossy bronił Dow Jones, który w 2011 roku zyskał 5,5%. Nasdaq stracił 1,8%.
Amerykańskie giełdy i tak poradziły sobie znacznie lepiej niż rynki europejskie czy azjatyckie, gdzie główne indeksy odnotowały roczne spadki przekraczające 20%. Straty przyniosły też wszystkie metale przemysłowe. Ponad 15% zarobić dała ropa Brent, a złoto zyskało na wartości 11,5%, notując jedenasty z rzędu rok hossy.
Piątkowa sesja na Wall Street była dobrym podsumowaniem czwartego kwartału. Przez ostatnie trzy miesiące Amerykanie chcieli kupować akcje, widząc lekką poprawę koniunktury w rodzimej gospodarce. Z drugiej strony paraliżował ich strach przed kryzysem w strefie euro.
Podczas ostatniej sesji roku to właśnie obawy o przyszłość Europy były głównym katalizatorem spadków. Rentowność 10-letnich obligacji Włoch ponownie przekroczyła barierę 7%, a rząd Hiszpanii zapowiedział nowe oszczędności, aby w końcu zrealizować obiecane rynkowi obniżenie deficytu.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl
































































