Wczoraj dolar osiągnął kolejny historyczny dołek. Płacono za niego już zaledwie 2,15 zł i nic nie wskazuje na to, by amerykańska waluta miała szybko się odbić.
We właścicieli punktów wymiany walut uderza nie tylko mocny złoty, ale także coraz powszechniejsze transakcje elektroniczne i perspektywa wejścia Polski do strefy euro. Dlatego popularni niegdyś cinkciarze dzisiaj zamieniają się w pośredników finansowych i numizmatyków.
Jerzy Gidelski prowadzi kilka kantorów we Wrocławiu. Opowiada, że jeszcze w 2000 r. jeden kantor w dobrej lokalizacji mógł przynieść właścicielowi nawet 30 tys. zł zysku netto miesięcznie. Dzisiaj to około 5 tys. zł. Do tego coraz trudniej kupić walutę.
- Wiele osób liczy na to, że mocny złoty niedługo osłabnie i dlatego teraz nie chcą sprzedawać pieniędzy zarobionych za granicą - mówi Jerzy Gidelski.
Dlatego kantorowcy zaczęli na gwałt szukać nowych sposobów zarobkowania, by nie wypaść z rynku. - Coraz więcej, zwłaszcza małych kantorów, handluje monetami, oferują także pośrednictwo finansowe - wylicza Michał Franczak ze Stowarzyszenia Właścicieli Kantorów i Lombardów. Właściciele kantorów przystępują m.in. jako partnerzy do spółki Kantor Polski, która oferuje tego typu usługi. - Gdy zaczynaliśmy działalność trzy lata temu, współpracowało z nami 10 kantorów. Obecnie jest ich ponad 100 i ta liczba z miesiąca na miesiąc rośnie - mówi Monika Łada, dyrektor ds. operacji finansowych z Kantoru Polskiego. - Dajemy im pełne wyposażenie i szkolimy.
Obok zrobienia przelewu w kantorach coraz częściej można kupić monety kolekcjonerskie. Jest jednak niemal pewne, że liczba punktów wymiany walut zacznie systematycznie spadać.
POLSKA Gazeta Opolska
Beata Sypuła, Łukasz Pałka




























































