REKLAMA

Starcie wyborcze w Wielkiej Brytanii

2019-12-12 01:41
publikacja
2019-12-12 01:41

Brytyjskie partie polityczne zakończyły w środę wieczorem kampanię przed czwartkowymi przedterminowymi wyborami do Izby Gmin. Rządzący konserwatyści przekonywali, że tylko oni mogą przełamać impas wokół brexitu, laburzyści mówili o niedofinansowaniu usług publicznych.

/ fot. Han Yan / Forum

Wybory rozpoczną się w czwartek o 8 rano czasu polskiego i potrwają do 23. Wyniki w większości okręgów powinny być ogłoszone w nocy z czwartku na piątek.

Pod znakiem brexitu

Premier Boris Johnson zapytany przez stację BBC, czy uważa, że zasłużył na wygraną, odparł: "Sądzę, że mamy najlepszy program dla kraju, mamy niesamowity program". Przekonywał, że plany Partii Konserwatywnej, które zakładają m.in. ustawowe zwiększenie finansowania publicznego systemu opieki zdrowotnej NHS oraz zatrudnienie 20 tys. nowych funkcjonariuszy policji, są "fantastycznie ambitne".

"Możemy osiągnąć wszystkie te rzeczy. Ale nie będziemy mogli, jeśli nasza polityka będzie sparaliżowana przez brexit" - zastrzegł.

Johnson został też zapytany o chłopca leżącego w szpitalu w Leeds na podłodze z powodu braku wolnych łóżek, którego zdjęcie od poniedziałku stało się jednym z głównych tematów kampanii. Przekonywał, że właśnie z powodu takich przypadków konieczne jest dofinansowanie NHS, ale jak pokreślił, "kraj będzie mógł ruszyć do przodu, tylko jeśli brexit zostanie dokończony".

Z kolei lider opozycyjnej Partii Pracy Jeremy Corbyn mówił w rozmowie z BBC, że sondaże, które wskazują na wygraną konserwatystów, mogą być błędne. "Podróżowaliśmy po całym kraju i entuzjazm zwolenników naszej partii, którzy wspólnie pracują, aby dotrzeć wszędzie z naszym przesłaniem, jest niewiarygodny - i myślę, że to przesłanie dociera" - mówił Corbyn.

Boris Johnson: od dziennikarza do polityka

Boris Johnson: od dziennikarza do polityka

Boris Johnson, w czym zgadzają się zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy brytyjskiego premiera, ma niezwykłą zdolność do politycznego przetrwania - pomimo wpadek i niedotrzymanych obietnic. Lub jak to ujął były premier David Cameron, do podważania zasad grawitacji.

Trudno o lepszy dowód na to niż fakt, iż pomimo niespełnienia głównej obietnicy, jaką złożył gdy w lipcu obejmował urząd premiera - że Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej 31 października i prędzej będzie martwy niż poprosi o przesunięcie terminu brexitu - nie tylko nadal żyje, ale jego Partia Konserwatywna jest faworytem czwartkowych wyborów do Izby Gmin.

Wyjaśnienie tej ostatniej sprawy jest dość proste - pomimo tego, że Johnson ma duży elektorat negatywny, jego główny rywal, lider laburzystów Jeremy Corbyn ma jeszcze większy, a poza tym proponuje program, który dla większości Brytyjczyków jest zbyt radykalny. Wyjaśnienie jego zdolności do przetrwania jest bardziej skomplikowane, ale wydaje się, że kluczowe są dwie sprawy. Po pierwsze, jego łatwość nawiązywania kontaktu z ludźmi, otwartość i jowialność. Po drugie, Johnson na początku kariery świadomie przyjął - pasującą do jego sposobu bycia - rolę celebryty czy też - co podkreślają komentatorzy - klauna, dzięki czemu ludzie nie do końca poważnie go traktują, nawet gdy już pełnił poważne funkcje, a tym samym na więcej mu pozwalają.

Za tą niezbyt poważną formą od początku skrywane były jednak poważne ambicje. Johnson już jako dziecko powiedział ponoć, iż chce być królem świata. Oczywiście jego dużym ambicjom sprzyjało pochodzenie. Boris Johnson – a właściwie Alexander Boris de Pfeffel Johnson - świetnie wpisuje się w wizerunek Partii Konserwatywnej jako reprezentanta brytyjskich elit. Urodził się w 1964 r. w Nowym Jorku, gdzie jego ojciec wówczas pracował, w zamożnej rodzinie z korzeniami m.in. tureckimi, rosyjskimi i żydowskimi. I jako typowy przedstawiciel zamożnych elit uczył się najpierw w szkole w Eton, a później studiował na uniwersytecie w Oxfordzie, wraz m.in. z Cameronem i późniejszym ministrem finansów George’em Osborne’em. Już w szkole podkreślano, że dobre oceny Johnsona są wyłącznie efektem jego inteligencji i błyskotliwości, a nie ciężkiej pracy, i zwracano uwagę na jego luźne podejście do faktów.

To luźne podejście do faktów dało o sobie znać, gdy Johnson zaczął pracować jako dziennikarz w „The Times”. Szybko został jednak stamtąd zwolniony, gdy przyłapano go na zmyśleniu jednego z cytatów. Wtedy też po raz pierwszy objawiła się jego zdolność do wychodzenia obronną ręką z trudnych sytuacji. Dziennikarska kariera Johnsona nie zakończyła się, gdyż pomocną dłoń wyciągnął do niego dawny znajomy z Oxfordu, redaktor naczelny „Daily Telegraph”. Johnson został korespondentem dziennika w Brukseli, opisując – z jeszcze mniejszym przywiązaniem do faktów – absurdalne pomysły narzucane przez ówczesną EWG Londynowi.

Ponieważ w Wielkiej Brytanii zaczęły w tym czasie rosnąć obawy związane z postępującą integracją europejską na takie dziennikarstwo był popyt, a Johnson – który te obawy podsycał – stał się rozpoznawalną postacią. Jeszcze bardziej - już po powrocie do Londynu, gdy brał udział w jednym z programów rozrywkowych w BBC, a to z kolei pomogło mu w karierze dziennikarskiej, został najpierw komentatorem „Daily Telegraph”, a potem naczelnym konserwatywnego tygodnika „The Spectator”.

Rozpoznawalność z kolei ułatwiła mu wejście do polityki. W wyborach 2001 r. wszedł do Izby Gmin. Ale na początku dobrze rozpoczynającej się kariery politycznej znów zanotował wpadkę – został zwolniony z wiceministerialnego stanowiska w gabinecie cieni konserwatystów, gdy skłamał na temat romansu z koleżanką ze „Spectatora”. Zdegradowany na tylne ławy poselskie Johnson ponownie się odbił. W 2008 r. konserwatyści, już pod przywództwem Davida Camerona wystawili Johnsona – bez wielkiego przekonania, bez wielkich nadziei i z braku lepszych kandydatów – w wyborach na burmistrza głosującego zwykle na Partię Pracy Londynu. Johnson niespodziewanie wygrał, a po czterech latach zapewnił sobie reelekcję.

Osiem lat Johnsona w roli burmistrza brytyjskiej stolicy generalnie jest postrzegane jako jego sukces – zwiększyły się inwestycje, zauważalnie spadła przestępczość, w 2012 r. w Londynie odbyły się bardzo udane igrzyska olimpijskie. Wprawdzie krytycy zarzucają Johnsonowi, że na ten sukces pracowali inni, a on ograniczał się do roli „ambasadora-celebryty” Londynu na świecie, ale rolą przywódcy jest także dobieranie sobie odpowiednich ludzi.

Druga i ostatnia kadencja Johnsona upływała na początku maja 2016 r., zaś na koniec czerwca Cameron rozpisał referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w UE. Nie jest jasne, czy Johnson naprawdę uważał, że wyjście z UE będzie korzystne, czy też koniunkturalnie uznał, że to jest jego szansa na zostanie „królem świata”. Być może to drugie, na co wskazuje to, że przed referendum napisał dwa artykuły – jeden opowiadający się za wyjściem z UE, drugi – za pozostaniem. Faktem jest jednak, że poparcie przez Johnsona brexitu było decydującym momentem w kampanii. Energiczny, popularny i łatwo nawiązujący kontakt z wyborcami polityk niestrudzenie – i jak się okazało skutecznie – przekonywał o nowych możliwościach, które się otworzą po uwolnieniu się spod dyktatu Brukseli. Przyczyniły się do tego opowiadane przez niego półprawdy, np. o 350 mln funtów tygodniowo, które zamiast do unijnego budżetu będą iść na publiczną służbę zdrowia czy fali tureckich imigrantów czekających na otwarcie brytyjskich granic.

Referendum zakończyło polityczną karierę Camerona, zaś Johnson w rządzie Theresy May został ministrem spraw zagranicznych. Bynajmniej nie z powodu zdolności dyplomatycznych, których zupełnie nie ma, lecz w ramach zapewniania względnego parytetu między zwolennikami miękkiego a twardego brexitu. Johnson jako szef dyplomacji zanotował kilka dyplomatycznych wpadek – które w przypadku kogo innego zapewne spowodowałyby dymisję – ale nie one zakończyły jego karierę w Foreign Office. Zrezygnował, nie zgadzając się ze zbyt dużymi, jego zdaniem ustępstwami, na które w umowie z UE zgodziła się May. Jego obiekcje podzielała na tyle duża grupa konserwatywnych posłów, że umowa została trzykrotnie odrzucona przez parlament, do ostatecznie doprowadziło do rezygnacji May. Johnson był postrzegany jako jej naturalny następca i wyraźnie wygrał partyjne wybory obejmując w lipcu tego roku funkcję lidera, a zarazem premiera Wielkiej Brytanii.

Johnson obiecał, że skłoni UE do renegocjacji umowy rozwodowej – choć Bruksela zarzekała się, iż nie może ona zostać już zmieniona – a następnie z końcem października wyprowadzi kraju z Unii. Umowę faktycznie renegocjowano, choć twierdzenia Johnsona, że jest ona zupełnie inną umową są kolejną półprawdą – zmieniono tylko ważny zapis dotyczący granicy w Irlandii Północnej. Półprawdą jest nawet obecne hasło wyborcze konserwatystów „Dokończmy brexit”. Wyjście z UE 31 stycznia 2020 r. będzie zarazem dopiero początkiem trudnych negocjacji z Brukselą na temat przyszłych relacji, które wcale nie muszą się zakończyć sukcesem.

Ale jak wskazują sondaże, ryzyko, które podjął rozpisując wcześniejsze wybory w niedogodnym dla nikogo grudniowym terminie, przyniesie powodzenie i w piątek 13 grudnia nie będzie musiał się wyprowadzać z Downing Street.

"Myślę, że poparcie dla nas rośnie, jest też większe zrozumienie, że nie możemy trwać w sytuacji niedofinansowania usług publicznych i z rządem, który nie był z nami szczery w sprawie brexitu czy rozmów handlowych z USA" - dodał.

Sondaże dają przewagę rządzącym

W środę, która była ostatnim dniem kampanii wyborczej, swoje sondaże opublikowało sześć firm prowadzących badania opinii publicznej. Konserwatyści otrzymali w nich poparcie od 41 proc. (Savanta ComRes i BMG) do 45 proc. (Opinium i Deltapoll), zaś Partia Pracy od 32 proc. (BMG i Kantar) do 36 proc. (Savanta ComRes).

Jeśli chodzi o różnicę pomiędzy dwiema głównymi partiami, to najmniejsza jest ona w sondażu Savanta ComRes, gdzie wynosi tylko 5 punktów proc. W przypadku wszystkich pozostałych partia premiera Borisa Johnsona ma bezpieczną przewagę - w badaniach BMG oraz Panelbase jest to 9 punktów proc., według Deltapoll - 10 punktów, zaś zdaniem Opinium oraz Kantar - 12 punktów proc.

Jeremy Corbyn: lider z przypadku patrzy na Downing Street

Jeremy Corbyn: lider z przypadku patrzy na Downing Street

Jeśli w efekcie czwartkowych wyborów do Izby Gmin Jeremy Corbyn – wbrew wszystkim sondażom – zostanie premierem Wielkiej Brytanii, będzie to największa sensacja w historii w brytyjskiej polityki. Już samo to, że outsider z tylnych ław poselskich został szefem opozycji było zaskoczeniem.

Corbyn, który notorycznie głosował przeciwko laburzystowskiemu – ale jego zdaniem zbyt centrowemu – premierowi Tony’emu Blairowi i nigdy nie pełnił w partii żadnej funkcji, został zgłoszony do partyjnych wyborów na lidera w 2015 r. głównie po to, by poszerzyć spektrum kandydatów, a wymaganą liczbę podpisów posłów uzyskał na niespełna półtorej minuty przed upływem terminu. Nikt wówczas nie brał poważnie jego kandydatury. Tymczasem w wyborach lidera, w których brali udział nie tylko posłowie, ale wszyscy zarejestrowani członkowie partii, Corbyn odniósł przytłaczające zwycięstwo, zdobywając więcej głosów niż trójka jego rywali łącznie.

Corbynowi nie można zarzucić niekonsekwencji w poglądach. Te odziedziczył zapewne w genach, bo jego rodzice poznali się w latach 30. XX wieku podczas protestu w Londynie przeciwko generałowi Franco w Hiszpanii. Jeremy Corbyn zaangażował się w politykę w pierwszej połowie lat 70. najpierw jako laburzystowski radny w londyńskiej dzielnicy Haringey, a w 1983 r. został posłem z innej dzielnicy Londynu – Islington. Też po części z przypadku, bo wszedł na listę dlatego, że wówczas doszło do rozłamu w Partii Pracy.

Przez następne ponad 30 lat był szeregowym posłem w lewej frakcji Partii Pracy. Uczestniczył m.in. w demonstracjach na rzecz rozbrojenia nuklearnego, także tych domagających się, by Wielka Brytania lub Zachód zrobiły to jednostronnie, w protestach przeciwko apartheidowi w Południowej Afryce, przeciwko rządom Augusto Pinocheta w Chile. Czasem jego działania wzbudzały jeszcze większe kontrowersje niż na co dzień, jak np. gdy w 1984 r., krótko po nieudanym zamachu Irlandzkiej Armii Republikańskiej na Margaret Thatcher zaprosił dwóch byłych więźniów IRA do Izby Gmin.

Corbyn nie spuścił z tonu nawet, gdy władzę przejął, jak się później okazało, najbardziej skuteczny jeśli chodzi o wyborcze zwycięstwa laburzystowski premier w historii. Protestował nie tylko przeciwko decyzji Blaira o uczestnictwie w wojnie w Iraku, ale - jak policzono - wbrew stanowisku jego rządu zagłosował w parlamencie aż 533 razy.

To, że Corbyn wygrał partyjne wybory było efektem polityki oszczędnościowej, prowadzonej przez rządy konserwatystów od 2010 r., ale także tego, iż przesunięta przez Blaira w kierunku centrum Partia Pracy przestała być w oczach wielu jej wyborców postrzegana jako realna alternatywa. To zwycięstwo zresztą nie było dobrze przyjęte przez laburzystowskich posłów, który postrzegali Corbyna jako zbyt radykalnego, by mógł odzyskać władzę dla partii. Corbyn znalazł się wówczas w dziwnym położeniu – z jednej strony miał autentyczne poparcie szeregowych członków partii, z drugiej zmagał się z niechęcią sporej części własnych posłów, którzy spiskowali w celu odwołania go z funkcji.

Głosy wzywające do wewnątrzpartyjnego puczu nasiliły się po referendum z czerwca 2016 r., w którym Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii Europejskiej. Partia Pracy jednoznacznie opowiadała się wówczas za pozostaniem, Corbynowi – który całe życie protestował przeciwko EWG, a potem UE jako instytucjom promującym kapitalizm i wolny rynek – zarzucano jednak, że prowadząc zupełnie bez zaangażowania kampanię pośrednio przyczynił się do brexitu. Tym razem jednak przewrót pałacowy został odroczony.

Miał on nastąpić po przedterminowych wyborach rozpisanych przez konserwatywną premier Theresę May na czerwiec 2017 r., które - jak wskazywały sondaże - miały przynieść laburzystom historyczną klęskę, zwłaszcza, że ich lider zaproponował w programie podniesienie podatków i renacjonalizację przedsiębiorstw użyteczności publicznej, czyli hasła dyskwalifikujące w oczach przeciętnego Brytyjczyka z klasy średniej. Tymczasem dzięki dużej mobilizacji młodych wyborców, dla których Corbyn stał się bohaterem walki o bardziej sprawiedliwy świat, dobrej kampanii – oraz słabej kampanii May – laburzyści osiągnęli procentowo najlepszy wynik od 20 lat i byli naprawdę blisko zwycięstwa. To zakończyło wewnątrzpartyjne podawanie w wątpliwość jego przywództwa i mógł on spokojnie przesuwać z powrotem Partię Pracy na tradycyjnie socjalistyczne pozycje, skąd wyciągnął ją Blair.

Wątpliwości co do tego, czy nadaje się on na lidera, a także potencjalnie na premiera – bo od czasu wyborów z 2017 r. przestano na to patrzeć jak na czysto hipotetyczny scenariusz – pojawiły się natomiast w związku z dwiema innymi sprawami. Po pierwsze – z brexitem. Partia Pracy przez długi czas nie mogła uzgodnić swojego stanowiska (większość jej posłów popiera pozostanie w UE, ale spora część wyborców zagłosowała za wyjściem), co dawało rządowi możliwość łatwego punktowania przekonując, że w najważniejszej sprawie dla kraju lider opozycji nie ma zdania. Laburzyści ostatecznie ustalili, że będą chcieli renegocjować umowę z UE, po czym poddać ją pod referendum, przy czym w referendum pozostaną neutralni, ale w ten sposób Corbyn absolutnie nie pozbył się łatki polityka niezdecydowanego.

Po drugie – z antysemityzmem. Ponieważ Corbyn od zawsze popierał sprawę palestyńską, więc z zasady był niechętny Izraelowi, od czasu objęcia przez niego przywództwa w internecie czy wśród szeregowych członków zaczęły się pojawiać wypowiedzi nie tylko sceptyczne wobec Izraela, ale także antysemickie. Jakkolwiek był to wciąż margines, a sprawa została zapewne mocno rozdmuchana przez media, ale faktem jest, że Corbyn na ten margines nie zareagował odpowiednio szybko i zdecydowanie. Brak takiej reakcji spowodował, iż laburzyści przez całą obecną kampanię musieli się zmagać z zarzutami tolerowania antysemityzmu.

Corbyn próbował w kampanii kierować uwagę wyborców na kryzys systemu publicznej opieki zdrowotnej NHS i rosnące nierówności społeczne, będące efektem prowadzonej przez rządy Partii Konserwatywnej polityki oszczędności. Jakkolwiek nie przestawił konkretnych dowodów na zarzuty, że rząd Borisa Johnsona chce sprzedać NHS i nie dodawał, że zaciskanie pasa było konieczne, bo to poprzednie rządy laburzystów zostawiły kraj w kryzysie finansowym, ta strategia w dużym stopniu okazała się skuteczna. Wybory nie sprowadzają się – jak chciałby premier Boris Johnson – tylko do tematu brexitu.

Czy to jednak wystarczy, by Corbyn objął władzę, jest jednak wątpliwe. Sondaże nie dają Partii Pracy żadnych szans na zwycięstwo. Jedyna droga do Downing Street dla Corbyna jest taka, że konserwatyści nie zdobędą samodzielnej większości – co już jest możliwe – a ponieważ nie mają w Izbie Gmin możliwości potencjalnych koalicjantów, mniejszościowy rząd z poparciem innych ugrupowań będzie tworzył Corbyn. To wciąż nie jest najbardziej realny ze scenariuszy, ale niecałe pięć lat temu samo jego rozpatrywanie byłoby postrzegane jako szaleństwo.

Wprawdzie w brytyjskim systemie jednomandatowych okręgów wyborczych procentowe poparcie uzyskane w skali całego kraju nie ma bezpośredniego przełożenia na mandaty, ale szacuje się, że przewaga większa niż 5-6 punktów proc. da Partii Konserwatywnej bezwzględną większość w parlamencie, której w poprzedniej kadencji nie miała.

Na takie rozwiązanie wskazuje też opublikowana we wtorek wieczorem analiza ośrodka YouGov, która została sporządzona na podstawie oddzielnych sondaży w każdym z okręgów wyborczych. Wynika z niej, że konserwatyści zdobędą 339 mandatów, czyli będą mieli o 28 więcej niż wszystkie pozostałe ugrupowania łącznie.

Z Londynu Bartłomiej Niedziński 

Źródło:PAP
Tematy
Wybierz konto firmowe, które zarabia na Ciebie i zyskaj premię do 1250 zł.

Wybierz konto firmowe, które zarabia na Ciebie i zyskaj premię do 1250 zł.

Komentarze (3)

dodaj komentarz
marianpazdzioch
Cobryn, to taki brytyjski Kaczyński. Tyle, że tam wyborcy nie są aż tak ciemni, jak w PL która powszechnie traktowana jest jako schaberplatz, a nie wspólny dach nad głową. Zatem jego oraz jego bajki zwyczajnie oleją. Nie ufają mu także odnośnie doprowadzenia do Brexitu.
karbinadel
Nie mogę wyjść ze zdumienia, że 30 lat po upadku ZSRR czerwoni zyskują demokratyczne poparcie, i to nawet w takich krajach jak Wielka Brytania
johny_kielbasiany
Corbyn moze possac kabanosa zeszłorocznego,Borys ma plecy i moze sobie kupic wyborcow inaczej juz dawno by go wysiudali .

Powiązane: Najważniejsze co powinieneś wiedzieć o brexicie

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki