To była kolejna nerwowa i dramatyczna dla posiadaczy akcji sesja. Giełdowe indeksy dzienne maksima osiągnęły tuż po otwarciu, gdy na światowych rynkach pojawiły się nadzieje na odreagowanie niedawnych spadków. Jednak wzrostowe otwarcie zostało potraktowane jako okazja do pozbycia się akcji po nieco lepszych cenach.
Przez europejskie giełdy przetoczyła się kolejna fala wyprzedaży akcji i surowców. W najgorszym momencie sesji WIG zniżkował o przeszło 5%, co i tak było wynikiem lepszym niż niemiecki DAX (-5,4%), rosyjski RTS (-8,7%) czy rumuński BET tracący ponad 11%.
Po godzinie 11:00 doszło jednak do odbicia – inwestorzy rozpoczęli grę pod wieczorny komunikat z Rezerwy Federalnej, która może pomóc w opanowaniu giełdowej paniki. Tyle że dwuprocentowe wzrosty na otwarciu sesji w Nowym Jorku nie przełożyły się na postawę GPW. Warszawskie indeksy pozostały głęboko pod kreską, podczas gdy Londyn i Paryż zabarwiły się na zielono.
Na GPW ponownie najmocniej doświadczeni zostali akcjonariusze średnich i małych spółek, których indeksy straciły 5% po tym, jak w poniedziałek spadły po 6%. WIG20 obniżył się o 3,2% i zatrzymał dopiero w okolicach poziomu 2.300 punktów – czyli najniżej od lipca zeszłego roku.
Polskim blue chipom ciążyły taniejące o 9% walory Banku Handlowego, który rozczarował inwestorów wynikami za drugi kwartał. Zysk netto był spadł o 23% rdr i okazał się niższy od najniższej prognozy 11 analityków ankietowanych przez ISB.
Podobnie jak w poniedziałek we wtorek przed spadkiem kursu obroniła się tylko co dziewiąta spółka notowana na GPW. Wyznaczeniu nowego tegorocznego minimum towarzyszyły wysokie obroty, które na rynku kasowym przekroczyły dwa miliardy złotych.
K.K.





























































