Na całym świecie 100 stanowisk ambasadorów USA nie jest obsadzonych w okresie, w którym liczne konflikty i napięcia wymagałyby zaangażowania profesjonalnych dyplomatów. Donald Trump im nie ufa, a ważne misje powierza swym „specjalnym wysłannikom”. To sytuacja bez precedensu - ocenia magazyn „Atlantic”.


USA są zaangażowane teraz w wojny gorące, np. z Iranem, i zimne, jak z Rosją i Chinami. Prezydent wywołał wojny handlowe, pojawiają się też doniesienia na temat możliwej interwencji na Kubie. Wydawać by się mogło, że to najwłaściwszy czas na wykorzystanie zawodowych dyplomatów. A jednak administracja pozostawiła ponad 100 nieobsadzonych stanowisk ambasadorów - wylicza publicysta magazynu Tom Nichols.
„Głupie” i „bez precedensu”. Misje dyplomatyczne USA
Owszem, wielu prezydentów oferowało swym ważnym sojusznikom i donatorom miejsca na placówkach, ale zazwyczaj zostawali oni ambasadorami w prowincjonalnych, niewielkich krajach.
Trump umieścił skrajnie żenujące i niekompetentne osoby w szczególnie ważnych ambasadach, w tym w Jerozolimie i Paryżu - podkreśla autor.
Jak komentuje, dowodzi to nie tylko lekceważenia prezydenta dla dyplomacji, ale też jego zadawnionej niechęci do ekspertów i profesjonalistów w ogóle. Woli stawiać na przyjaciół i członków rodziny, toteż większość ważnych misji, jak negocjacje między Rosją i Ukrainą, czy rozmowy z Iranem, powierzył swemu zięciowi Jaredowi Kushnerowi i przyjacielowi z sektora nieruchomości - Steve'owi Witkoffowi.
A przecież próba mediowania w rozmowach między Kijowem a Moskwą, gdy USA nie mają ambasadora w żadnym z tych krajów, nie tylko nie jest skuteczna, „jest głupia” - ocenia autor.

Rodzina i przyjaciele zamiast ekspertów
Reuters przekazał niedawno, że rządy innych państw pomijają tradycyjne kanały komunikacji z Waszyngtonem i „budują swą sieć dyplomatyczną wokół małej grupy ludzi mających bezpośredni dostęp do prezydenta”.
„Jeśli jesteś małym krajem jak Grecja i musi ci wystarczyć jako ambasador Kimberly Guilfoyle, była dziewczyna Donalda Trumpa Jr., to możesz nie mieć żadnych produktywnych interakcji z amerykańskim rządem” - pisze Nichols.
I dodaje: „Ale jeśli liczysz się dla Trumpa na tyle, że odwiedzi cię jego zięć, wtedy wiesz, że naprawdę rozmawiasz z Waszyngtonem”.
Być może Trump po prostu nie ufa nikomu, kto nie należy do jego najbliższego kręgu, boi się, że zdradzone zostaną jego plany i sekrety, „zwłaszcza jeśli to, czego chce, jest nieetyczne lub nawet nielegalne” - rozważa Nichols. (PAP)
fit/ mal/
































































