Po pierwsze rok wyborczy
Miesiąc temu odbyły się na Węgrzech wybory parlamentarne. Rządząca partia Fidesz wygraną chciała zapewnić sobie także przez zwiększenie wydatków budżetowych. Zwiększyła ona znacząco wydatki budżetu (w szczególności zaordynowała podwyżki wynagrodzeń), które zaowocowały wzrostem dziury budżetowej po maju aż do 81 proc. rocznego planu. To cztery razy tyle, co rok temu w tym samym okresie. Pomimo takich wysiłków Fidesz przegrał kampanię wyborczą i nowy rząd został stworzony przez koalicję Partię Socjalistów (MSZP) z liberałami (SZDSZ).
Po drugie polityka fiskalna
Nowy rząd oznacza nowe podejście do polityki fiskalnej. W Polsce rząd po wrześniowych wyborach zastał budżet w takiej rozsypce, że już nie dało się zwiększyć wydatków. Aby kompletnie nie zdestabilizować gospodarki rząd musiał wprowadzić reformy. Zwycięska koalicja na Węgrzech ma jeszcze miejsce na zwiększanie wydatków. Po pierwsze, nie ograniczyła tego, co w ramach kampanii wyborczej zaaplikował poprzedni rząd. Wydatki sięgnęły ponad 170 mld HUF, co stanowi 1,1 proc. PKB. Po drugie, nowy rząd jest zdeterminowany do wprowadzenia w życie swoich przedwyborczych obietnic. W ramach programu „100 dni” ma zamiar podnieść pensje, emerytury i płacę minimalną. Koszty tego programu można oszacować na kolejne 170 mld HUF. Rząd jeszcze nie przedstawił planu finansowania tych wydatków, więc można szacować, że tegoroczny deficyt budżetowy wzrośnie z 505,5 mld HUF (3,3 proc. PKB) do 845,5 mld HUF (5,5 proc. PKB). Choć rząd zapowiada, że ograniczy wydatki budżetu w nadchodzących latach, to zaciśnięcia budżetu w 2003 r. raczej nie można się spodziewać.
Po trzecie kurs i stopy
Węgrzy przed zaadoptowaniem celu inflacyjnego stosowali bardzo wąski kanał ograniczenia wahań kursu forinta. Po przyjęciu strategii bezpośredniego celu inflacyjnego ponad rok temu w założeniach polityki pieniężnej stwierdzili, że głównym kanałem wpływu na inflację nie będzie kanał stopy procentowej lecz kanał kursowy. Używanie kanału kursowego oznacza, że spadek inflacji jest uwarunkowany przede wszystkim aprecjacją krajowej waluty. Wybór tego sposobu obniżania inflacji wynika z o wiele większego otwarcia gospodarki węgierskiej niż polskiej.
Nowy rząd na Węgrzech jest postrzegany jako rząd prowzrostowy. Niestety, podobnie jak w Polsce, „prowzrostowość” rządu nie polega na liberalizowaniu życia gospodarczego, uelastycznianiu rynku pracy czy obniżaniu pozapłacowych kosztów produkcji. Wspieranie wzrostu objawia się w znaczącym nacisku nowego rządu na osłabienie krajowej waluty. A to stawia węgierski bank centralny w patowej sytuacji. Jak ma on obniżać inflację, gdy nie może korzystać z najlepszego kanału transmisji polityki pieniężnej?
Drugim zarzewiem konfliktu stała się szybkość procesu dezinflacji. Rząd węgierski rozpoczął już naciski na rewizję celu inflacyjnego na 2003 rok wynoszącego 2,5-4,5 proc. Odpowiedź banku centralnego była stanowcza. Na początku czerwca szef węgierskiego banku centralnego Zsigmond Jarai zapowiedział, że nie przewiduje rewizji przyszłorocznego celu inflacyjnego. Impuls fiskalny objawiający się szalonym tempem wzrostu płac (realne płace wzrosły o 11,8 proc. w ujęciu rocznym w okresie styczeń-marzec) zatrzymał już spadek inflacji bazowej. Ogólny wskaźnik inflacji spada tylko dzięki niskim cenom żywności. Aby wspomóc proces dezinflacji węgierski bank centralny podniósł stopy procentowe w ostatnim miesiącu o 50 punktów bazowych i stanął przed dużym dylematem – co dalej?
Po czwarte konflikt
A dalej jest już tylko konflikt. Węgrzy tak bardzo obawiają się spełnienia „polskiego scenariusza”, że na wspólnych konferencjach minister finansów i szef banku centralnego zapewniają o woli jego uniknięcia. Wszystko będzie zależało przede wszystkim od tego, co zrobi minister i na ile zrealizuje plan zwiększania wydatków. Jeśli polityka fiskalna, co jest bardzo prawdopodobne, nie ulegnie poprawie, to bank centralny będzie dalej podnosił stopy procentowe starając się wzmocnić forinta na tyle, by przywrócić trend spadkowy inflacji. Według naszej prognozy bank centralny Węgier podniesie stopy procentowe do końca roku o kolejne 50 punktów, co wzmocni forinta do poziomu 240 w relacji do euro. A to z dużym prawdopodobieństwem będzie oznaczało ostateczną realizację „polskiego scenariusza” i otwarty konflikt rządu z bankiem centralnym.
Czy jest tu jakiś morał? Przed nami proces konstrukcji budżetu na 2003 rok. Zasada „inflacja + 1 procent” przy konstruowaniu budżetu już została lekko naciągnięta. Oby kreatywne podejście do budżetu nie przybrało takich rozmiarów, które spowodowałyby konieczność podnoszenia stóp procentowych. Bo będzie to oznaczać, że nie wyciągamy wniosków ani z własnych, ani z cudzych błędów.
Jacek Wiśniewski
Autor jest ekonomistą w Banku Pekao S.A.





























































