Protesty w Libii wywołały ostrą reakcję dyktatora Muammara Kadafiego, który użył wojska, aby stłumić antyrządowe demonstracje. W efekcie kraj stanął na krawędzi wojny domowej, ponieważ część armii odmówiła wykonania rozkazów. Na rynku ropy pojawiły się obawy, że libijska ropa przestanie płynąć do Europy. Dzienne wydobycie w tym północnoafrykańskim kraju sięga 1,6 miliona baryłek, co jest już ilością mającą istotny wpływ na globalny bilans popytu i podaży.
Jednakże handlujący ropą jeszcze bardziej boją się rozprzestrzenienia protestów społecznych do Arabii Saudyjskiej i innych dużych eksporterów czarnego surowca. Widmo destabilizacji na Bliskim Wschodzie wywołuje już lekką panikę na rynkach w Nowym Jorku i Londynie.
Wczoraj w czasie handlu elektronicznego na nowojorskiej giełdzie towarowej kurs kontraktów na ropę podskoczył o 5%. Ceny w Londynie sięgnęły nawet do 108,67 USD za baryłkę i były najwyższe od września 2008 roku.
„Sytuacja na Bliskim Wschodzie przyćmiła wszystkie inne wydarzenia, w efekcie czego przełamane zostały opory techniczne” – podsumował jeden z maklerów cytowany przez Reutersa.
Piątkowe przedpołudnie przyniosło jednak stabilizację sytuacji na rynku ropy. Do godziny 12:10 ceny w Londynie malały o 0,5%, schodząc do poziomu 107,42 USD za baryłkę. Surowiec w Nowym Jorku kosztował 96,23 USD i był o 0,9% droższy niż dzień wcześniej.
K.K.





























































