Lekcję z burzliwego roku 2016 wyciągnęli nie tylko politycy, ale i inwestorzy. Po sytuacji na rynkach widać narastającą obawę przed perspektywą wyborczego zwycięstwa Marine Le Pen we Francji i Geerta Wildersa w Holandii.
Poza wszelkimi rolami, które Niemcy odgrywają w Europie, kraj ten od lat jest także „miernikiem stabilności”, do którego przyrównywane są inne kraje. W obliczu wyeliminowania wielu walut narodowych (franka, lira czy guldena przed laty przyrównywano do marki), instrumentem używanym do porównań jest rentowność obligacji. O ile bowiem strefa euro ma wspólną walutę, to każdy kraj sam emituje i spłaca (lub nie) swój dług. Nota bene stan ten istnieje przede wszystkim dzięki twardemu „nein”, którym Berlin reagował w przeszłości na koncepcje wspólnego zadłużania się państw strefy euro.
Nadchodzące wielkimi krokami wybory we Francji budzą spore obawy inwestorów, głównie ze względu na możliwe zwycięstwo Marine Le Pen. Przewodnicząca Frontu Narodowego głosi szereg kontrowersyjnych pod względem gospodarczym i geopolitycznym haseł (z powrotem Francji do franka na czele), co wzmaga rynkowy niepokój.
Le Pen wciąż nie jest faworytem, jednak w ostatnich tygodniach umacnia swoją sondażową pozycję. Według opublikowanego wczoraj badania OpinionWay, 48-letnia polityk w pierwszej turze może liczyć na 27% głosów, co daje jej pierwsze miejsce w wyścigu. Sondaże wskazują, że Le Pen wciąż najprawdopodobniej przegrałaby w drugiej turze (58-42 z Emmanuelem Marconem i 56-44 z Francoisem Fillonem). Pamiętać należy jednak, że przewaga Marcona nad Le Pen sukcesywnie spada, natomiast Fillon wpadł w poważne tarapaty w związku z oskarżeniami o wykorzystywanie funduszy publicznych na pensję swojej żony.
To właśnie sondażami rynkowi analitycy tłumaczą raptowny wzrost rentowności obligacji francuskiego rządu. Na uwagę zasługuje nie tylko sam spadek ceny papierów (rentowność obligacji rośnie, gdy cena spada i na odwrót), lecz także „rozjazd” z wyceną obligacji niemieckich. Spread między rentownościami 10-letnich obligacji emitowanych przez rządy w Berlinie i Paryżu wzrósł w ostatnich dniach do najwyższego poziomu od grudnia 2012 r., kiedy na rynkach gasły obawy o przyszłość strefy euro.
Podobnie, choć na mniejszą skalę, sytuacja wygląda w Holandii. Aktualne sondaże dają PVV – partii Geerda Wildersa, który obiecuje m.in. deislamizację i wyjście ze strefy euro – pierwsze miejsce w marcowych wyborach. Według holenderskich komentatorów, kontrowersyjnemu politykowi może być trudno sformować większość parlamentarną (sondaże dają mu tylko 28 miejsc w 150-osobowym parlamencie), ponieważ większość ugrupowań wykluczyło przyszłą współpracę z PVV. Mimo to na rynku obligacji da się zauważyć także wzrost rentowności holenderskich papierów dłużnych oraz najwyższy spread z obligacjami niemieckimi od września 2013 r.
Wybory parlamentarne w Holandii odbędą się 15 marca. Pierwsza tura wyborów prezydenckich we Francji zaplanowana została na 23 kwietnia, druga zaś na 7 maja. 11 i 18 czerwca natomiast Francuzi pójdą do urn, aby wybrać parlament.
Analizując zachowanie inwestorów, należy pamiętać, że 24 września wybory parlamentarne odbędą się także w Niemczech. Ostatnie sondaże pokazały, że współrządzące w ramach „wielkiej koalicji” partie CDU/CSU i SPD wymieniły się miejscami – w najnowszych badaniach to socjaldemokraci wychodzą na czoło wyborczego wyścigu (33% do 32%). Podobna sytuacja po raz ostatni miała miejsce w 2006 r., a więc na samym początku „ery Angeli Merkel”. Gdyby jesienne wybory zakończyły się takim rezultatem, to panią kanclerz na stanowisku zastąpiłby Martin Schulz, były przewodniczący Parlamentu Europejskiego.



































































