Środa przyniosła dość interesujący zestaw rozstrzygnięć na rynkach finansowych. Dolar osiągnął 12-letnie maksimum wobec euro, amerykańskie indeksy zawróciły z historycznych szczytów, a ropa mocno zdrożała pomimo rekordowych zapasów surowca w USA.


Rynkowym wydarzeniem dnia był spadek kursu EUR/USD do 1,1061, czyli do najniższego poziomu od września 2003 roku. W ten sposób przełamany został styczniowy dołek (1,1097), co na gruncie analizy technicznej otwiera drogę ku dalszym spadkom. Czyli kontynuacji umocnienia dolara, który ubiegły rok zakończył najsilniejszą zwyżką od ponad trzech dekad. Niemniej jednak taki ruch po serii słabszych od oczekiwań danych makroekonomicznych z USA (w środę dołączył do nich raport ADP) może nieco zaskakiwać.
Przed wybiciem nowego, 6-letniego szczytu na parze dolar-złoty uratowało nas tylko umocnienie złotego wobec euro po deklaracji Marka Belki.
Zaskoczeniem nie było za to zachowanie Wall Street, gdzie trzy główne indeksy cofnęły się po ustanowieniu w poniedziałek historycznych szczytów. Dow Jones w środę stracił 0,58%, Nasdaq 0,26%, a S&P500 0,42%. Spadki na przewartościowanym i technicznie wykupionym rynku w obliczu słabszych danych makro i mocniejszego dolara nie powinny jednak nikogo dziwić.

Bardziej zastanawiające było zachowanie kursu ropy, która w końcówce sesji w Nowym Jorku zdrożałą o ponad 2%. Reakcja rynku była dziwna, dlatego że kilka godzin wcześniej Departament Energii pokazał bardzo „niedźwiedzie” dane: zapasy surowej ropy wzrosły 2,5-krotnie mocniej od oczekiwań, aż o 10,3 mln baryłek po wzroście o 8,4 mln tydzień wcześniej.
W ten sposób amerykańskie rezerwy ropy śrubują historyczne rekordy, co jest wiadomością zachęcającą raczej do zajęcia krótkich pozycji na rynku terminowym. Albo więc rynek wie coś, czego my jeszcze nie widzimy, albo algorytmy spod szyldu HFT znów zagrały wszystkim na nosie.
Krzysztof Kolany
































































