Wyborem zagranicznych inwestorów instytucjonalnych, którzy mieli zostać nabywcami akcji PGNiG zajmował się brytyjski bank HSBC. Na podstawie rekomendacji banku zarząd spółki miał przydzielić akcje. Niestety 11,3 mln akcji PGNiG nie mogło być rozliczone bezpośrednio. Dlatego spółka skorzystała z umowy o subemisję inwestycyjną, którą wcześniej zawarła z BDM PKO BP, HSBC oraz londyńskim oddziałem banku ING. Spółka wytłumaczyła taki sposób przydziału „trudnościami technicznymi”. Nie wiadomo jednak na czym te trudności miałyby polegać, bowiem ani spółka, ani bank HSBC nie chciały udzielić żadnych informacji.
Przy okazji tej sprawy okazało się, że spółka zawarła umowę o subemisję inwestycyjną, która miała ją zabezpieczyć, w przypadku małego zainteresowania jej akcjami ze strony inwestorów zagranicznych. Umowa taka to swego rodzaju ubezpieczanie, które w zamian za określoną opłatę (lub dyskonto w cenie zakupu akcji) powoduje, że w razie niedostatecznego popytu inwestorów na akcje, papiery spółki obejmuje instytucja finansowa.
Podpisanie takiej umowy przez PGNiG wywołuje pewne zdziwienie, zwłaszcza wobec faktu, że np. Grupa Lotos nie zdecydowała się na takie zabezpieczenie. Wydaje się, że koniunktura na akcje spółek sektora energetycznego jest teraz tak dobra, że spółka mogłaby sobie oszczędzić dodatkowych kosztów. Umowa o subemisję inwestycyjną kosztowała spółkę niemal 8 mln zł.
Spółka nie chciała ujawnić, na podstawie jakich analiz podjęto decyzję o ubezpieczeniu emisji. Ministerstwo Skarbu Państwa nie jest sprawą zdziwione, uważa, że to normalna procedura towarzysząca publicznej sprzedaży akcji.
M.D.
Źródło: „Gazeta Wyborcza”






























































