Tydzień po skandalicznej awanturze w Gabinecie Owalnym, gdzie Wołodymyr Zełenski był besztany i szturchany przez Donalda Trumpa i J.D Vance’a, nie możemy wyjść z szoku, w jaki sposób przywódcy wielkiej Ameryki potraktowali prezydenta bohatersko walczącej Ukrainy, która trzy lata temu została napadnięta przez Rosję. Ciężko w tym chaosie, ogniu i furii – trawestując tytuł słynnej książki Michaela Wolffa, znaleźć jakąkolwiek logikę. Żeby zobaczyć kierunki, dokąd zmierza Biały Dom pod wodzą 47. prezydenta USA, na początku trzeba odrzucić nasze emocje i zrozumieć, że coś się absolutnie skończyło i mamy zupełnie nową rzeczywistość.


Dla Trumpa nie są ważne setki tysięcy ukraińskich ofiar wojny - zarówno żołnierzy na froncie jak i cywilów żywcem pogrzebanych w atakach powietrznych, które nie ustają od trzech lat. Za nic ma on ofiary gwałtów, morderstw, zbrodni i masakr takich jak te w Buczy, i traum, które jak wskazywał Bert Hellinger będą dziedziczone przez pokolenia. Dla niego liczy się przede wszystkim interes. Świetnie pokazał to Bob Woodward w swojej książce „Strach. Trump w Białym Domu”. Ówczesnego prezydenta USA nie interesowała rola wojsk amerykańskich w Korei Południowej i ich znaczenie w stabilizacji regionu. Jego obsesją był deficyt w handlu w Seulem. Tylko to się liczyło. Żadne niuanse polityczne. Deficyt i już.
Mieć Rosję po swojej stronie
Do Władimira Putina Trump czuł słabość od dawna. Michael Isikoff i David Corn opisują to szczegółowo w książce „Rosyjska ruletka. Jak Putin zhakował Amerykę i wygrał wybory za Donalda Trumpa”. To w jakimś sensie cały czas dziedzictwo biznesowego pochodzenia, gdzie liczą się interesy z największymi i najmocniejszymi i nie ma miejsca na sentymenty. Te reguły szokują w polityce, gdzie mimo Machiavelicznego podejścia oczekujemy jednak wartości i reguł. Mimo wszystko Stany Zjednoczone to najsilniejsza demokracja, a nie kraj autorytarny, gdzie dyktator wyznacza zasady. Trump widać zrozumiał, że w najważniejszym starciu USA nie potrzebują „tęczowej” Unii Europejskiej, słabej i rozdrobnionej, a większe zaplecze i wartość stanowi dla niego Rosja. Bo tylko z tym krajem dyktatorsko zarządzanym przez Putina będzie w stanie przeciwstawić się Chinom. To jest jego cel, który uświęcać będzie różne środki. Należy oczekiwać, że w retoryce amerykańskiego prezydenta pojawią się wątki zawłaszczania Syberii przez Chińczyków, wskazywanie na porywanie Rosjanek przez obywateli Państwa Środka i inne procedery, które od lat znane są z Dalekiego Wschodu, ale Moskwa nie podjęła z nimi walki w imię dobrych stosunków z Pekinem.
Wskazówką dla budującego się sojuszu między USA a Rosją była niedawna prośba prezydenta Trumpa, by Moskwa była pośrednikiem w rozmowach z antyamerykańskim i antyizraelskim Teheranem. Rosjanie są silnie obecni na Bliskim Wschodzie i oto nadarza się okazja, by reżim Putina zgarnął wreszcie za to porządną premię. Jednocześnie przywódca Rosji wróci do światowej gry jako ważny podmiot, a nie tylko pionek na geopolitycznej szachownicy.
Jednak zasadniczą stawką w strategii Trumpa jest wyciągnięcie Rosji z politycznej izolacji, technologicznej zapaści i gospodarczego przestawienia się na produkcję inną niż wojenna. Prezydent USA rozumie jak daleko technologicznie zaszły Chiny i w jakim stopniu opanowały świat swoimi produktami. Nie jest wszak wykluczone, że Rosja ze swoim potencjałem surowcowym da Stanom Zjednoczonym to, czego te nie osiągną na Grenlandii czy Ukrainie. Trwały związek Moskwy i Waszyngtonu na wielu polach działalności ma przeorientować Rosję z kraju skierowanego na handel ze Wschodem i walkę z Zachodem, na kraj trwale związanym z Ameryką. Niewykluczone, że po zakończeniu wojny na Ukrainie Stany Zjednoczone i Federacja Rosyjska nawiążą strategiczny sojusz, który nie mieścił się nikomu w głowie przez dekady. Być może to właśnie USA będą pomostem między Rosją a Europą. I choć brzmi to absurdalnie, w chaosie, ogniu i furii Trumpa jest to możliwe.

Nam Europejczykom trudno to zrozumieć, bo podważa to fundamenty bezpieczeństwa, na jakich opiera się przede wszystkim NATO i Unia Europejska. Jeszcze za czasów prezydentury Joe Bidena Trump powtarzał, że to Europa musi wziąć większą odpowiedzialność za losy kontynentu w tym wojnę na Ukrainie jak i to, że kraje Paktu Północnoatlantyckiego, którzy nie wydają na obronność minimum 2 proc. PKB nie będą chronieni gwarancjami bezpieczeństwa ze strony USA.
Ukraina została brutalnie potraktowana przez Rosję, ale i Trumpa z Vancem. Zablokowanie pomocy wojskowej i wywiadowczej dla Kijowa oznacza, że koniec wojny jest bliższy, niż wydawało się nam tydzień temu. Europa nie będzie ani umierać za Kijów – co wielokrotnie pokazała, ani też wydawać kolejnych miliardów na wojnę, bo sama potrzebuje ich zarówno na zbrojenia, jak i ożywienie gospodarek ogarniętych kryzysem.
Koniec europejskiego snu
Kiedy na początku czerwca zjeżdżamy z mostu nad Sekwaną w Hawrze i kierujemy się w stronę plaż Normandii powita nas morze flag. Na początku będą francuskie, brytyjskie i kanadyjskie. Zbliżając się w okolice plaży Omaha zaleje nas morze flag amerykańskich, które ciągną się do końca plaży Utah. Mimo, że Francja od dekad nie należy do państw, które można zaliczyć do grona przyjaciół Ameryki na starym kontynencie, to podczas obchodów D-Day mieszkańcy tego kraju dobrze pamiętają, kto przyniósł wolność od niemieckiej okupacji 80 lat temu.
Od ośmiu dekad trwał sojusz amerykańsko-europejski, który zaczął się odbudową zniszczonego wojną kontynentu. Dzięki planowi Marshalla za amerykańskie pieniądze i dzięki firmom oraz produktom zza oceanu Europa Zachodnia nie tylko szybko się odbudowała, ale i umocniła swoją pozycję w mocno zmieniającym się świecie. Przechodząc przez kolejne kryzysy, wojny i zawirowania polityczne Europa mogła liczyć na Stany Zjednoczone. Zimna wojna, powstanie NATO, upadek Żelaznej Kurtyny, w tych wszystkich momentach sojusz euroatlantycki trwał.
Teraz po tylu dekadach aliansu wielkim szokiem jest, że Europa w pewnym sensie zostaje sama. Kontynent w stanie szoku łapie nerwowo szybkie i płytkie oddechy niczym człowiek wrzucony nagle do lodowatej wody, wówczas naczynia krwionośne się kurczą, a organizm potrzebuje tlenu.
Europa potrzebuje absolutnego przeorientowania się na wielu polach. Raport Mario Draghiego z połowy zeszłego roku precyzyjnie wypunktował błędy, porażki i zaniechania UE. Teraz jest ostatni dzwonek, aby zacząć naprawiać Unię. Potrzeba bardzo szybko zmienić gospodarkę, tak by faktycznie odbudować zdolności produkcyjne, a także zainwestować w rozwój technologiczny. Środki z Krajowego Planu Odbudowy, które w zamyśle autorów miały zbudować odporność europejskiej gospodarki powędrują w dużej mierze do Chin. Nasza europejska produkcja straciła konkurencyjność nie bez udziału decyzji samej Komisji Europejskiej. Walka ze zmianami klimatu jest fundamentalnie ważna, rozwój Odnawialnych Źródeł Energii też, tylko zarówno magazyny energii jak i cała branża fotowoltaiczna uzależniona jest od dostaw z Państwa Środka. W energetyce wiatrowej jest trochę lepiej, bo mamy europejskiego Vestasa i Siemensa czy amerykańskiego GE Vernova, ale technologicznie chińskie turbin mają coraz większą moc, a co za tym idzie wydajność. O skuteczności chińskich producentów elektrycznych samochodów, które podbijają europejski rynek motoryzacyjny boleśnie przekonały się niemieckie koncerny.
W obszarze obronności też źle się dzieje. Trzy lata po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny na Ukrainie kraje UE nie zaczęły na masową skalę produkować amunicji. Ślamazarnie rosną wydatki na obronność. Polska jest co prawda liderem w wydawaniu miliardów złotych na zbrojenia, ale w głównej mierze środki te trafiają do amerykańskich fabryk. Przedstawiciele polskiego sektora zbrojeniowego wcale nie są przekonani, że oto mamy wspaniałe żniwa i wreszcie polskie zakłady będą miały masę zamówień, a technologicznie zaczniemy się zbliżać do czoła stawki.
Na półmetku polskiej prezydencji w Radzie UE nie widać spektakularnych sukcesów poza działaniami public relations. Ale to nie PR wygrywa polityczne batalie czy wojny. Potrzebna jest wizja, umiejętność budowania sojuszy – co w UE jest kluczowe, a także determinacja. Fakt, największa europejska gospodarka jest w kryzysie, Niemcy są po wyborach i upłynie trochę czasu, zanim nasi zachodni sąsiedzi nabiorą sił. Apel Radosława Sikorskiego z grudnia 2011 roku by Niemcy były silniejsze i bardziej zaangażowane w sprawy Europy nie tracą na aktualności. Ale i przed Polską staje niezwykłe wyzwanie. Warszawa wraz z Berlinem i Paryżem powinny na serio odnowić Trójkąt Weimarski, bo każdy z tych trzech krajów ma niesamowity potencjał jak również potrzebujemy się nawzajem. W nowej rzeczywistości polityki Trumpa, nowej odsłony wojny na Ukrainie i potrzeby stworzenia nowego systemu bezpieczeństwa i rozwoju Unii Europejskiej, to właśnie teraz powinna wykuwać się nowa strategia dla kontynentu. Polska jako duży, coraz bardziej zasobny i położony blisko toczącej się wojny kraj, ma wiele do wniesienia do nowej europejskiej strategii. Pytanie, czy ekipa Donalda Tuska rozumie historyczny moment, w którym znalazła się zarówno Polska jak i Europa i czuje odpowiedzialność, jaka na nich spoczywa.


























































