REKLAMA
Podwójna szansa na wygraną! Ranking ETF w Wakacjach na Giełdzie

    Nowe nadwyżki pora lokować w walutach obcych

    Jacek Maliszewski2002-07-14 22:19
    publikacja
    2002-07-14 22:19

    Nowe nadwyżki pora lokować w walutach obcych


    Na wtorek zapowiedziano - długo oczekiwane - wystąpienie nowego ministra finansów Grzegorza Kołodki. Do tego czasu na rynkach finansowych powinno być spokojnie. Ale konia z rzędem temu, kto odgadnie co się stanie po tym wystąpieniu....

    Ale o tym później. Na razie tradycyjnie przegląd sytuacji z rynku walutowego w minionym tygodniu oraz kilka ciekawych informacji z rynku pieniężnego.

    Złotówka traci na wartości. Traci nawet wobec słabego ostatnio dolara. Jeśli tak dalej pójdzie, to wiele firm oraz osób fizycznych, które zaciągnęły kredyty dewizowe może pójść z torbami. Szczególne powody do smutku mogą mieć te osoby, które zapożyczyły się w euro oraz we franku szwajcarskim. No ale taki już jest rynek. Raz daje zarobić jednym, innym razem daje zarobić drugim. Szkoda tylko, że o tym kto ma w danej chwili zarabiać, a kto tracić chce zacząć decydować minister finansów. Mam nadzieję, że wypowiedzi Grzegorza Kołodki z maja bieżącego roku (na temat konieczności dewaluacji złotówki o 15%) okażą się tylko czczym gadaniem. Minister długo już milczy przeglądając zapewne dokumenty i dane statystyczne. A te wcale nie wyglądają optymistycznie. I nie chodzi tutaj już tylko o stopę bezrobocia, dynamikę GDP oraz inne tego typu miary makroekonomiczne. Okazuje się, iż równie źle wyglądają dane o zadłużeniu zagranicznym polskich instytucji, podmiotów gospodarczych oraz osób fizycznych. Jak podaje NBP, według stanu na dzień 31 marca 2002 roku łączne zadłużenie zagraniczne wynosiło ponad 72 miliardy dolarów, z czego ponad 10 miliardów dolarów, to zobowiązania krótkoterminowe - płatne w ciągu najbliższych 12 miesięcy (czyli do marca 2003). Z zamieszczonej tabeli (przepraszam, że format tak duży, ale nie chciałem obcinać żadnych informacji - wszystkie są niezmiernie ważne) wynika, że na wspomnianą kwotę 72 miliardów dolarów długu zagranicznego 33,8 miliarda dolarów stanowi zadłużenie rządowe i samorządowe, 7 miliardów dolarów stanowi zadłużenie banków (otwarte krótkie pozycje w dewizach) oraz 30,8 miliarda dolarów zadłużenia firm i gospodarstw domowych. Pozostałe drobne kwoty to zadłużenie NBP.

    Sytuacja więc nie jest dobra. Być może właśnie to spowoduje zmianę nastawienia nowego ministra finansów i zapowiadana dewaluacja złotówki zostanie odłożona ad akta. Dodatkowe osłabienie naszej krajowej waluty o 15% mogłoby być tragiczne w skutkach. Naprawdę z niecierpliwością będę oczekiwać wtorkowego wystąpienia profesora Kołodki.

    Spójrzmy teraz jak kształtowała się sytuacja na rynku walutowym w minionym tygodniu. Zacznijmy od naszego krajowego rynku. Do wtorku włącznie złoty tracił na wartości względem koszyka i dopiero od środy mamy lekkie uspokojenie nastrojów. Jednak patrząc na to wszystko z dłuższej perspektywy spodziewam się dalszego osłabienia złotego. Teraz - co widać na wykresie tygodniowym - powinno dojść do powrotu do przebitej linii trendu spadkowego. A następnie - jak sądzę dojdzie do pokonania wtorkowego szczytu i marsz do 4,40 złotych za koszyk. To oczywiście nie musi się stać z marszu w najbliższych dniach. Jakaś konsolidacja wręcz wydaje się być nieunikniona. Ale dalszy trend osłabienia złotówki jest raczej ustalony. Tylko zupełna zmiana (o 180 stopni) poglądów ekonomicznych profesora Kołodki mogłaby zmienić ten stan rzeczy. Sprawa jest jasna. Po kilku latach opłacalności przetrzymywania oszczędności w złotówkach na depozytach bankowych lub w obligacjach, nadszedł czas, gdy bardziej opłaca się trzymać waluty obce. A jakie? O tym za chwilę.

    Spójrzmy teraz która spośród dwóch walut tworzących koszyk zachowywała się mocniej, a która słabiej. Oczywiście stroną mocniejszą było euro, które cały czas utrzymuje wyraźny trend rosnący względem dolara. Dolarowi na naszym rynku nie udało się na dodatek pokonać prawego ramienia wcześniej powstałej formacji RGR, co sugeruje możliwość oscylacji kursu dolara w przedziale 4,13-4,23 złotego w najbliższych tygodniach. Jeśli by złoty miał dalej tracić na wartości, a dolar pozostać we wspomnianym przedziale, to musiałoby dojść do znacznego wzrostu kursu euro. Innej możliwości nie ma. Ja nie wiem, czy tak się stanie. Ale jeśli założymy dalszy spadek wartości naszej waluty (założenie może być nieprawdziwe, co umniejszałoby sens całej dalszej tezy) i jednoczesną stabilizację kursu dolara, to koniecznie musiałoby zdrożeć - i to znacznie - euro. Spójrzmy na wykresy tygodniowe euro i dolara na naszym rynku oraz długoterminowy wykres eur/usd. Jak widać, euro najbliższy poziom oporu ma na wysokości 4,26 złotego a dalej 4,55 złotego. Praktycznie cały czas droga jest otwarta na szczyty. Dolar tymczasem ma przed sobą do pokonania bardzo silny trend spadkowy (obecnie na wysokości około 4,27 złotego) oraz wcześniej opór na 4,24 złotego. O wszystkim oczywiście zdecyduje wzajemny układ sił na rynku tych dwóch walut światowych. A tam widać wyraźnie brak jakiegokolwiek oporów aż do wysokości 1,06 dolara za euro. Wcześniej co prawda znajduje się psychologiczny poziom 1:1, lecz bardziej jest on właśnie natury psychologicznej, niż wynikający z analizy technicznej. Według mnie jest kwestią czasu, gdy przebijemy się w parytecie na druga stronę.

    Złotówka jest więc skazana na dalsze osłabienie (chyba, że Kołodko diametralnie zmieni ton swej wtorkowej wypowiedzi - patrz wstęp komentarza). Właściwie to już i tak mocno osłabła względem porównywalnych walut - korony czeskiej oraz forinta węgierskiego. Towary importowane z Czech stały się tym samym w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy droższe (po przeliczeniu na złotówki) o prawie 50%. Towary sprowadzane z Węgier o ponad 25%. O 15% zdrożały wyroby, których cena podawana jest w euro i tylko o 5% towary wyceniane w dolarach. Nie wiem dlaczego Rząd uparł się, by złotówka straciła jeszcze 15% wartości względem słabego dolara. To może oznaczać dalszą deprecjację względem korony nawet o 30-40%, a względem euro o 20-30%. Czy to dobrze? Jak dla kogo.

    Wspomniałem wcześniej, iż warto zacząć oszczędzać (mówię o nowo powstających nadwyżkach, gdyż te stare, ulokowane w obligacjach jeszcze przed wprowadzeniem podatku Belki nie powinny być jeszcze likwidowane) w walutach obcych. Pora zastanowić się nad tym, jaką walutę wybrać. Dolar - jak już wspomniałem - wydaje się być kiepskim rozwiązaniem. Może wobec tego euro? A może frank szwajcarski? Frank z reguły jest silną walutą, gdy na świecie dochodzi do spięć na polu militarnym. Politycznym czy tez gospodarczym. Tak, frank wygląda ciekawie, tym bardziej, iż pokonany został właśnie historyczny MAX na tym rynku. Ale jeszcze ciekawiej wygląda funt brytyjski, który (takie mam przeczucie) ma szansę stać się w najbliższych miesiącach najsilniejszą waluta na świecie. Co prawda po drodze na szczyty jest jeszcze silna strefa oporów w przedziale 6,95-7,10, ale jak się zaraz przekonamy mogą one zostać szybko pokonane.

    Stanie się tak, jeśli funt utrzyma swą dobrą passę na rynku dolara i euro (od końca czerwca trwa spadek wartości euro względem funta i kurs spadł poniżej poprzedniego dołka z połowy czerwca). Szczególnie ciekawie wygląda wykres eur/gbp w skali miesięcznej, gdzie widzimy wznoszący się klin. A kliny mają to do siebie, iż z reguły zapowiadają kontynuację wcześniejszego trendu - w tym przypadku spadkowego dla euro. Widzimy więc, że funt może utrzymać dobrą passę i do euro i do dolara. I jeśli złotówka dalej będzie tracić na wartości, to najszybciej powinien drożeć wtedy funt i frank szwajcarski.

    A dolar, jak już wspomniałem ma szansę stać się jedną z najsłabszych walut w nadchodzących latach - traci nawet względem słabiutkiego jena (Z jenem jest ciekawa historia, gdyż wzmacnia się do dolara, a rząd i Bank Centralny - BoJ chciałby osłabić swą walutę. Do tej pory kilka razy BoJ interweniował na rynku skupując dolary - w sumie ponad 25 miliardów dolarów - i za każdym razem rynek pokonywał wolę urzędników. To oczywista przestroga dla naszych włodarzy). Osoby mające więc kredyt nominowany w dolarach powinni czuć się mniej zdenerwowani, niż ich koledzy mający kredyty w euro lub we franku. Jest nawet szansa, iż dolar przez dłuższy czas może mieć kłopoty z pokonaniem 4,25-4,27 złotego.

    Podsumowując. Przypuszczam, iż złotówka dalej będzie tracić na wartości. Szczególnie istotne będzie wtorkowe wystąpienie Kołodki. Skończył się czas oszczędzania w złotówkach. Stare inwestycje (lokaty i obligacje) rozpoczęte przed wprowadzeniem podatku od odsetek warto jeszcze trzymać, ale nowe nadwyżki finansowe warto lokować w waluty obce. Najbardziej podobają mi się do tego celu frank szwajcarski oraz funt brytyjski. Osoby mające kredyty w euro lub we franku mają powody do zmartwień. Warto zastanowić się nad przewalutowaniem na kredyt dolarowy. Można też pomyśleć o powrocie z kredytami do złotówek. Jeśli jednak ktoś ma kredyt w USD, to chyba jeszcze można troszkę poczekać. Gdy kredyt hipoteczny złotowy będzie dostępny przy oprocentowaniu 7,5%, to sprawa będzie jasna - zamieniamy wszystkie kredyty dewizowe na kredyty złotowe. No może warto to zrobić troszkę wcześniej przed wszystkimi ;-)

    Na rynku zagranicznym dolar powinien dalej tracić i do euro i do funta i do franka. George Soros chyba nie rzucił słów na wiatr wskazując na możliwość osłabienia dolara o 30% w ciągu najbliższych kilku lat.

    Teraz słów kilka na temat rynku pieniężnego. Przygotowałam sobie długie wystąpienie, lecz treść tę przesunę na przyszły tydzień. Bieżący komentarz jest i tak już obszerny, i moglibyście drodzy czytelnicy zasnąć nad jego lekturą. Tak więc w przyszłym tygodniu napiszę zdecydowanie więcej na ten temat. Będzie też (zapowiadany na liście dyskusyjnej Bankiera) omówienie i symulacja scenariuszy związanych z przewalutowaniem kredytów dewizowych. Postaram się wyłożyć sprawę tak prostym językiem, by nawet każda teściowa (nie obrażając teściowych) to zrozumiała.

    A dziś słów naprawdę kilka. W środę mamy przetarg na obligacje skarbowe sprzedawane przez Ministerstwo Finansów. Dlatego w dwójnasób jestem ciekawy wtorkowego wystąpienia Kołodki. Jeśli wystraszy on inwestorów portfelowych, to cena obligacji może dalej spadać zwiększając ich rentowność przy zakupie. A to oznaczać może znacznie wyższy koszt pozyskania pieniędzy z rynku. Jak szacują ekonomiści tylko na skutek wzrostu rentowności obligacji w minionym tygodniu, i przy założeniu utrzymania takiego poziomu przez najbliższe tygodnie, koszt obsługi nowo zaciąganych pożyczek rządowych może być wyższy o 400 milionów złotych rocznie w stosunku do sytuacji sprzed wyprzedaży obligacji. A wyprzedaż miała miejsce i momentami przyjmowała formę małej paniki. Naprawdę ścieżka argentyńska wcale nie jest tak daleko od nas, jak nam się wydaje. Obyśmy tego nie doczekali. Czego życzę i sobie i wszystkim drogim czytelnikom.

    Jacek Maliszewski

    e-mail:

    Jacek.Maliszewski@waw.bankier.pl
    Źródło:
    Tematy

    Komentarze (0)

    dodaj komentarz

    Powiązane: Waluty

    Polecane

    Najnowsze

    Popularne

    Ważne linki