Bazarowa sielanka kontra brutalna rzeczywistość. Choć targowiska kojarzą nam się z autentycznymi produktami prosto od gospodarza, to coraz częściej okazuje się, że to tylko sprytna iluzja. Zamiast rolnika z własnym plonem, za ladą staje handlarz, który opanował sztukę "tuningu" towaru z hurtowni. Internauci nie zostawiają na takich praktykach suchej nitki, wytykając sprzedawcom, jak za pomocą ładnego opisu i wiklinowego koszyka zamieniają masówkę z marketu w rzekome "regionalne rarytasy" - czytamy w "Fakcie".


Internetowy wpis Bartosza Kopicy, znanego pasjonata gotowania, wywołał prawdziwą lawinę komentarzy na temat trików stosowanych przez bazarowych sprzedawców. Twórca, który regularnie odwiedza targowiska, zauważył rażącą niekonsekwencję: handlarze głośno narzekają na konkurencję ze strony gigantów takich jak Lidl czy Biedronka, po czym bez cienia wstydu wystawiają towar z tychże marketów. Symbolem tego absurdu stał się oferowany na stoisku maniok, na którym wciąż widniały oryginalne naklejki z Kauflandu.
Pod postem Kopicy swoimi obserwacjami podzieliła się pani Iwona, była pracownica rynku, która była świadkiem porannych dostaw. Opisała ona metody "tuningowania" towaru przez rzekomych rolników. Jeden z nich kupował warzywa w hurtowni, przesypywał je do brudnych skrzynek i celowo nacierał ziemią, by sprawiały wrażenie świeżo wykopanych. Całość uzupełniał odpowiedni strój - stare ubrania i gumiaki miały ostatecznie uśpić czujność kupujących.
Jeszcze bardziej bulwersujący był przypadek handlarki sprzedającej rzekomo wiejskie kurczaki z wolnego wybiegu. Choć kobieta zapewniała o swoim malutkim, tradycyjnym gospodarstwie, ilość sprzedawanego mięsa sugerowała raczej wielką fermę. Oszustwo wyszło na jaw, gdy okazało się, że żółty, "zdrowy" kolor drobiu to efekt nacierania marketowego mięsa roztworem jodyny. Interwencja policji i sanepidu zakończyła ten niebezpieczny biznes.
Innym przykładem nadużyć była historia sprzedawcy, którego produkty faktycznie pochodziły z jego działki. Problem polegał na lokalizacji ogrodu, który znajdował się tuż pod dwoma ruchliwymi wiaduktami miejskimi. Warzywa przez lata chłonęły spaliny i pył z opon tysięcy przejeżdżających samochodów. Prawda wyszła na jaw dopiero przez przypadek, co doprowadziło do ostrej konfrontacji z oszukanymi klientami, którzy nieświadomie kupowali toksyczne plony.

Pracownicy dyskontów również potwierdzają te praktyki. Jedna z byłych pracownic Biedronki przyznała, że handlarze regularnie wykupują całe palety promocyjnych warzyw i owoców, bo wychodzi im to taniej niż w hurtowniach.
Z kolei czujni klienci na bazarach coraz częściej odkrywają na "ekologicznych" jajkach niedomyte pieczątki, świadczące o ich przemysłowym pochodzeniu.
Mimo tych wszystkich skandali, głosy rozsądku przypominają, że nie każdy handlarz to naciągacz. Uczciwi rolnicy najbardziej cierpią przez takich "kreatywnych" kolegów, ponieważ tracą zaufanie klientów. Kluczem pozostaje czujność, sprawdzanie źródła produktów i wspieranie tych sprzedawców, którzy stawiają na jakość i szczerość, a nie na szybki zysk kosztem klienta - czytamy dalej w "Fakcie".
oprac. WM
































































