Próchnik, znany producent płaszczy i garniturów, zakończył 2007 rok ze stratą blisko 3,4 miliona złotych. Firma zdążyła się już do tego przyzwyczaić - nawet najstarsi pracownicy i akcjonariusze nie pamiętają, kiedy udało się po raz ostatni wypracować jakikolwiek zysk.
Od kilku lat zarząd Próchnika mówi o "wychodzeniu na prostą", w ubiegłym miesiącu miała być zaprezentowana nowa strategia rozwoju. Zamiast tego mamy niekończący się spektakl nominacji, dymisji, oskarżeń, sądowych wyroków.
W listopadzie rada nadzorcza odwołała ze stanowiska prezesa Jacka Pudłę. Jego miejsce zajął Sławomir Filipczak. Dzień później walne zgromadzenie akcjonariuszy zmieniło skład rady. Ta przywróciła Pudłę na fotel prezesa, odwołując przy okazji jego zastępcę Krzysztofa Okońskiego. Kilka dni temu sąd orzekł, że powołanie trzech nowych członków rady nadzorczej odbyło się bezprawnie. Na mocy wyroku Krzysztof Okoński odzyskał stanowisko wiceprezesa i zaczął głosić, iż prawowitym szefem spółki jest Sławomir Filipczak. Jacek Pudło nie oddaje jednak gabinetu, przekonując, że już wcześniejsza decyzja o jego odwołaniu była bezprawna... Czy walne zgromadzenie akcjonariuszy, zwołane na środę ustabilizuje sytuację w znanej firmie? Wątpliwe.
Wiceprezes Mikołaj Habit, jedyny członek zarządu, którego nazwisko nie pojawia się na karuzeli stanowisk, przyznaje, że cenny czas kolegów prezesów niepotrzebnie absorbują narady z prawnikami, podczas gdy cierpią na tym codzienne zarządzanie, morale pracowników oraz reputacja firmy.
Jednocześnie Habit przekonuje, że zażarta walka o władzę to znak, iż Próchnik - który kilka lat temu zniknął z handlowej mapy Polski - wraca do gry i staje się łakomym kąskiem.
- W 2007 roku firma zanotowała 31 mln zł obrotów. Dwanaście miesięcy wcześniej przychody sięgały 17 milionów, a w poprzednich latach 11 i 5 milionów - mówi Habit. Dlaczego więc firma wciąż notuje straty?
- To kwestia skali. 31 milionów to wciąż za małe obroty jak na firmę, która zatrudnia 300 osób - odpowiada Habit. - Ale prędzej czy później musimy wyjść na plus. Jeszcze trzy lata temu nie mieliśmy żadnego salonu. Teraz jest ich 25, a będzie więcej. Wzrosną więc przychody ze sprzedaży, rosnąć też będą zarobki zakładu produkcyjnego. Do niedawna firma wegetowała, próbując się utrzymać z nierentownych zleceń dla Hugo Bossa.
Branża odzieżowa przeżywa w Polsce rozkwit. Wart ponad 20 miliardów złotych rynek rośnie w tempie 7-10 procent rocznie. Jego największy gracz LPP (marki Reserved i Cropp Town) zwiększył przychody z 815 do 1274 milionów złotych, a czysty zysk z 39 do 139 milionów. W odróżnieniu od Próchnika, LPP nie ma zakładów produkcyjnych, lecz zleca szycie w Chinach.
Na podobnych zasadach działa łódzki Redan, druga polska firma, która przeniosła produkcję na Wschód. Jej władze nie mają jednak powodów do zadowolenia. Od kilku lat spółka nie może podnieść się z kryzysu. Źle przysłużyło się jej aresztowanie prezesa i założyciela Radosława Wiśniewskiego, oskarżonego o korumpowanie celników. Do dziś odbijają się też czkawką dawne błędy w zarządzaniu, nietrafione kolekcje i wielomilionowe długi wobec kredytujących firmę banków. Mimo wzrostu przychodów ze sprzedaży z 245 do 259 milionów złotych, firma zanotowała w 2007 roku aż 8 milionów złotych straty. Redan tłumaczy, że do złego wyniku przyczyniła się przede wszystkim marka Troll. Ostatnia kolekcja miała nie trafić w gusta klientek. Salony Trolla przyniosły blisko 6 milionów strat.
Opierając się na przyzwoitych wynikach sklepów Top Secret (zysk 1 mln zł), szefowie spółki po raz kolejny powtarzają, że z optymizmem patrzą w przyszłość. Podobnie jak w przypadku Próchnika nie chcą powiedzieć, kiedy firma wyjdzie w końcu na upragniony plus.
POLSKA Dziennik Łódzki
Piotr Brzózka





























































