Dolarowe notowania kontraktów terminowych na złoto znalazły się na najwyższym poziomie od października 2012 roku, atakując poziom 1800 USD za uncję. Niemniej jednak z punktu widzenia inwestora z Polski żółty metal jest tańszy, niż był w maju.


W środę wczesnym popołudniem złoto było wyceniane na 1794,75 USD za uncję trojańską, czyli najwyżej od niemal 7 lat. Od początku 2020 roku kurs złota wyrażony w USD podniósł się o ponad 17%.
Ewentualne przełamanie bariery 1800 USD/oz. wyniosłoby dolarowe notowania królewskiego metalu na najwyższy poziom od września 2011 roku. Równocześnie 1800 USD/oz. stanowi bardzo silny opór techniczny – to właśnie na tej wysokości zatrzymały się próby powrotu jesienią 2011 oraz wiosną i jesienią 2011.
Jednocześnie obserwowana w ostatnich tygodniach zwyżka notowań złota jest w znacznym stopniu efektem osłabienia dolara. Zarówno ceny wyrażone w euro, franku szwajcarskim czy w polskim złotym nie pobiły szczytu z maja, kiedy to nominalne notowania kruszcu wyrażone w tych walutach osiągnęły rekordowo wysokie poziomy. Tymczasem nominalny rekord w USD z września 2011 roku (1920 USD/oz.) wciąż pozostaje niepobity.
Przeliczając ceny z Nowego Jorku po bieżącym kursie dolara, złoto w Polsce wyceniane jest na ok. 7000 zł za uncję. Tymczasem w maju było to nawet 7452 zł/oz. Rzecz jasna do tej ceny przy zakupie fizycznego złota należy doliczyć koszty bicia i marżę dilerską, w efekcie czego uncjowa moneta bulionowa to obecnie wydatek rzędu 7,5-8,0 tys. zł.

Co napędza złoto?
Siłą napędzającą ceny złota jest utrzymujący się na wysokim poziomie popyt inwestycyjny. Od połowy kwietnia do funduszy ETF inwestujących w królewski metal napłynęło ponad 22 mld dolarów. Od początku roku ETF-y zakupiły 623 tony żółtego metalu. Dlaczego inwestorzy tak chętnie kupują złoto, choć sytuacja na rynkach akcji sugeruje nadejście ożywienia gospodarczego?
Analitycy wymieniają kilka zasadniczych powodów. Po pierwsze, wcale nie jest pewne, że koniunktura gospodarcza po koronakryzysie szybko się odbuduje. Po drugie, w Stanach Zjednoczonych i wielu innych krajach na świecie nasilają się niepokoje społeczne, grożące zerwaniem dotychczasowego porządku. Po trzecie, mamy do czynienia z „psuciem pieniądza” na niewyobrażalną wcześniej skalę. Sama Rezerwa Federalna przez ostatnie cztery miesiące „dodrukowała” ok. trzy biliony dolarów, a zadłużenie rządu USA wzrosło o dwa biliony USD.
Ale bardzo możliwe, że za ostatnimi zwyżkami cen złota stoi zmiana świadomości inwestorów. I nie chodzi tu o krótko- i średnioterminowe perspektywy dla gospodarki i rynków finansowych. Opinia powoli skłania się ku hipotezie, że ultraniskie i realnie mocno ujemne stopy procentowe pozostaną z nami na dłużej. I że próba ich porzucenia w ramach obecnego systemu monetarnego jest już praktycznie niemożliwa.
A w otoczeniu realnie ujemnych stóp procentowych w USA złoto miało tendencję do zyskiwania na wartości względem dolara amerykańskiego. Analitycy Goldman Sachs w swoim niedawnym raporcie wprost napisali: „wierzymy, że strach przed zdeprecjonowaniem waluty pozostaje głównym czynnikiem cen złota w postkryzysowym środowisku”. Zatem to nawet nie tyle złoto zyskuje na wartości, co po prostu fiducjarne waluty (w tym przede wszystkim USD) tracą siłę nabywczą.
W opinii Goldmana bezprecedendowa stymulacja fiskalna i monetarna tym razem przechyla szalę na korzyść wyższej inflacji w przyszłości, na którą to inflację banki centralne nie zareagują podniesieniem stóp procentowych w obawie przed niewypłacalnością potężnie zadłużonych finansów rządowych. W tym scenariuszu utrzymująca się przez lata podwyższona inflacja i realnie ujemne stopy procentowe powinny sprzyjać wyższym cenom złota. W opublikowanym niedawno raporcie Goldman Sachs prognozuje wzrost cen „barbarzyńskiego reliktu” do 2000 USD w perspektywie następnych 12 miesięcy.
Warto przy tym dodać, że relacja między zmianami cen złota a inflacją nie jest liniowa. Królewski metal jest co najwyżej przeciętnym zabezpieczeniem antyinflacyjnym w okresach niskiej lub umiarkowanie niskiej inflacji cenowej. Złoto zaczyna radzić sobie znacznie lepiej dopiero w warunkach inflacji wyższej od przeciętnej albo w otoczeniu deflacji (lub inflacji znacznie niższej od średniej historycznej) połączonej z głębokim kryzysem gospodarczym.





























































