
Źródło: Lite Productions/Thinkstock
Obecnie ulga wynosi 92,67 zł miesięcznie na każde dziecko, czyli 1112,04 zł rocznie. Podatnik może odliczyć tę kwotę niezależnie od uzyskiwanego dochodu. Dotyczy to obojga rodziców lub opiekunów prawnych, którzy mogą odliczyć tę kwotę w częściach równych lub w dowolnej przez nich ustalonej proporcji.
Projekt przed złagodzeniem, zakładał, że prawo do ulgi stracą tylko ci rodzice, których łączny dochód roczny przekroczył 85,5 tys. zł oraz posiadali tylko jedno dziecko. Rodzice, którzy posiadają dwoje dzieci zachowają prawo do ulgi na dotychczasowych zasadach niezależnie od dochodu.
| »Rząd zdecydował - będzie wyższa ulgi na dzieci |
Zyskaliby ci, którzy posiadają więcej niż dwoje dzieci. Na każde kolejne dziecko ulga zwiększałaby się do kwoty 139,01 zł miesięcznie, czyli 1668, 12 zł rocznie. W tym wypadku nie będzie miała znaczenia wysokość łącznego rocznego dochodu rodziców - nawet jeżeli przekroczą 85,5 tys. zł, zachowają prawo do podwyższonej ulgi. Na proponowanej zmianie prawo do ulgi straciłoby ok. 300 tys. rodzin a na nie miałaby ona wpływu na prawie 3,5 mln.
Nowy projekt jest łatwiejszy do zaakceptowania
Teoretycznie budżet zyskałby na tym ok. 150 mln zł. Jednak nie o to chodzi, by odbierać rodzicom pieniądze na dzieci. Zresztą z projektu wynikało, że zmiany objęłyby nie najbogatszych Polaków, ale rodziny o przeciętnych dochodach, gdzie matka i ojciec zarabiają średnią krajową.
| »Ile wydajemy na wychowanie jednego dziecka? |
Złagodzenie restrykcyjnego pomysłu było zatem oczywiste. Teraz prawo do ulgi zachowają rodzice lub opiekunowie prawni, których łączny dochód nie przekroczy 112 tys. zł rocznie. Innymi słowy, stracą tylko ci rodzice jednego dziecka, gdzie każdy współmałżonek zarabia więcej niż 4,6 tys. zł brutto miesięcznie. Z kolei ulga dla rodziców, którzy posiadają troje lub więcej dzieci, dla których ulga wzrośnie o 50%. Projekt w tym kształcie jest neutralny dla budżetu, czyli nie spowoduje wzrostu lub spadku dochodów.
Po co mieszać w uldze na dziecko?
Rząd chce promować wielodzietne rodziny, ale nie ma przy tym najmniejszego zamiaru zwiększać wydatków z budżetu państwa. Jest to możliwe pod warunkiem, że komuś odbierze się przywileje. Najłatwiej zrobić to teoretycznie uderzając w najbogatszych obywateli, czyli tych, których ulga w wysokości nieco ponad tysiąca złotych, jest praktycznie niezauważalna. Problem polega na tym, że początkowy projekt uderzał w przeciętne rodziny, dla których wspomniany tysiąc złotych wcale nie jest taką małą kwotą pieniędzy.
Ponadto rząd karze za brak dzieci. Wyższy podatek zapłacą ci, którzy zajmują się karierą lub zwyczajnie nie mogą mieć dzieci. Osoby, które mają ich więcej maja być promowane przez fiskusa wyższymi ulgami. Niemniej nie da się ukryć, że kwoty ulgi nie są zbyt wysokie i trudno je uznać za motywację do rodzenia i wychowywania potomka. „Złagodzenie” zaproponowane przez resort finansów jest akceptowalne. Nie uderzy w przeciętnych, ale za to nieco więcej zyskają rodziny wielodzietne.
| »Wszystko o uldze prorodzinnej - jeszcze na starych zasadach |
Czy jest to pomoc, jaką oczekuje się od państwa? Trzeba pamiętać, że rząd najpierw musi komuś zabrać pieniądze, w postaci wyższych podatków i rozdziela je dopiero potem, niestety z dużą stratą spożytkowaną na wynagrodzenie poborcy. W przypadku ulgi na dzieci jest podobnie. Wyższe limity spowodują ubytek w dochodach do budżetu, a państwo rzadko kiedy tnie inne wydatki po to, by przesuwać większe strumienie pieniędzy na inne cele. Stąd prosty wniosek, że jeśli chcemy większe ulgi, to musimy przygotować się na wyższe podatki. Na takich zmianach najwięcej tracą biedne wielodzietne rodziny.
Łukasz Piechowiak
Bankier.pl
l.piechowiak@bankier.pl




























































