

Nie będzie dodatkowych obciążeń dla Polski w związku z nowymi ramami polityki energetyczno-klimatycznej UE - powiedziała w Brukseli premier Ewa Kopacz po zakończeniu pierwszego dnia obrad unijnego szczytu.

"Pamiętacie moje expose? Mówiłam - z tego szczytu nie przyjedziemy z dodatkowymi obciążeniami i rzeczywiście nie ma dodatkowych obciążeń" - powiedziała premier polskim dziennikarzom.

Poinformowała, że Polsce udało się m.in. wynegocjować utrzymanie systemu darmowych pozwoleń na emisję CO2 dla sektora elektroenergetycznego na poziomie 40 proc. do 2030 roku.
Komentarz eksperta
W Polsce nie będzie klimatu dla gospodarki
Polska w teorii wynegocjowała dobre warunki w ramach nowego pakietu klimatycznego. Jednak przyznanie nam prawa do większej emisji CO2 o wartości 32 mld euro wcale nie oznacza, że dostaniemy te pieniądze. Unia wycenia emisję i odejmuje nam wartości z wirtualnej puli, która fizycznie nie istnieje.
Dla nas każda wiadomość o wprowadzaniu pakietów klimatycznych to zła nowina. Polska energetyka oparta jest na węglu, który jest najtańszym surowcem używanym do produkcji energii, ale na skutek prawnych manipulacji i polityki ochrony środowiska - staje się najdroższym. Będziemy musieli zainwestować miliardy złotych w energetykę. Miliardy, których nie mamy.
Premier Ewa Kopacz przekonywała w piątek w Brukseli, że dzięki zapisom dokumentów szczytu UE, które udało się nam uzyskać, może powiedzieć Polakom, że wraca do kraju z pakietem gwarantującym nam niższe obciążenia klimatyczne niż te z 2007 r.
Premier tłumaczyła na konferencji prasowej, że składa się na to 2-procentowa rezerwa (pozwoleń na emisje), która przed negocjacjami miała wynieść tylko jeden procent.
Kopacz wskazywała, że korzystny jest też sposób dzielenia tej rezerwy. 50 proc. z niej będzie dzielone pomiędzy najbiedniejsze kraje UE zgodnie z tym, jaką mają one emisję, a 50 proc. w odniesieniu do PKB na głowę mieszkańca.
"Dzięki temu Polska dostała 1 proc. tej rezerwy, czyli 50 proc. z tej 2-procentowej rezerwy, co daje bardzo konkretną kwotę, tj. ok. 134 mln ton (dodatkowych emisji)" - wskazywała.
Kopacz mówiła, że certyfikaty na emisję, które otrzymujemy w ramach tej rezerwy dają nam nadwyżkę w stosunku do tego, czego potrzebujemy. Będziemy mogli przeznaczyć na sektory gospodarki nieobjęte systemem pozwoleń na emisję (NON ETS, czyli np. rolnictwo, handel, transport), gdyby była konieczność cięcia w tych obszarach.
"Nikt nam niczego nie zabrał"
Jak mówiła, system darmowych pozwoleń na emisję miał wygasnąć w 2019 r. "Natomiast my - dzięki ciężkiej pracy tych wszystkich ludzi, którzy tu byli i negocjowali, i rozstrzygnięciom już na samej Radzie, przedłużyliśmy te darmowe (pozwolenia na) emisje do roku 2030" - podkreśliła premier.
Wyjaśniała, że umożliwi to przekazywanie polskiemu sektorowi elektroenergetycznemu uprawnień do emisji CO2 za darmo. Jak zaznaczyła, "jest to niewątpliwie gwarantem, że nie będą rosły ceny energii".
"Jeszcze parę godzin temu mówiono do mnie, że te darmowe (pozwolenia na) emisje będą na poziomie 20-30 proc. Dostaliśmy na maksa, czyli tyle, ile mieliśmy. Nikt nam niczego nie zabrał" - dodała szefowa rządu.
Poinformowała, że Polsce udało się też wynegocjować korzystne zapisy, jeśli chodzi o fundusz rekompensujący biedniejszym krajom koszty ambitnej polityki klimatycznej UE. Chodzi o zarezerwowanie części pozwoleń na emisje CO2 na stworzenie specjalnego funduszu, który pozwoliłyby innym, mniej zamożnym państwom UE finansować konieczne inwestycje w energetyce.
"Nowa rezerwa, która została utworzona kilka dni temu - jeszcze dzisiaj mówiło się, (że będzie) na poziomie 1 proc.; jest 2 proc. (...), a 50 proc. z tego dostała Polska. Wiec mamy dodatkowe emisje z tego powodu" - powiedziała Kopacz.
"Odrobiliśmy pracę domową"
Jak zaznaczyła, negocjacje były ciężkie, ale "domowa praca została odrobiona". "Jestem zmęczona, ledwo mówię, bo się trochę nagadałam, jak wiecie. Ale to nie tylko moja zasługa, to również ludzi, którzy ze mną byli" - powiedziała.
Wymieniła wiceministra środowiska, pełnomocnika rządu ds. polityki klimatycznej Marcina Koroloca, ministra ds. europejskich Rafała Trzaskowskiego oraz wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego. "To (była) taka drużynowa, bardzo ciężka robota, którą zrobiliśmy przez te kilkanaście godzin" - dodała premier.
Kopacz podkreśliła, że nigdy nie stawiała sobie weta w sprawie pakietu klimatycznego za cel na brukselskim szczycie. "Weto jest narzędziem. Celem jest wywalczyć jak najlepsze warunki dla polskiej gospodarki i to się udało" - podkreśliła szefowa rządu.
Premier zapowiadała wcześniej, że jeśli polskie warunki nie zostaną spełnione i "nie będzie zrozumienia dla polskich spraw", ona zachowa się "dość radykalnie"; nie wykluczała zastosowania weta. Zaznaczała, że zrobi tak, mimo że będzie to jej pierwszy szczyt UE, na którym wystąpi jako premier polskiego rządu.
Spotkanie z Merkel w kuluarach
Kopacz spotkała się w kuluarach szczytu z niemiecką kanclerz Angelą Merkel, prezydentem Francji Francois Hollande'em i szefem Rady Europejskiej Hermanem Van Rompuyem, by szukać kompromisu uwzględniającego polskie postulaty. Spotkanie Kopacz, Merkel i Hollande'a opóźniło rozpoczęcie negocjacji w gronie wszystkich państw UE.
Zapis z dokumentu końcowego szczytu, który widziała PAP przewiduje, że w najbiedniejszych krajach UE, elektrownie będą mogły uzyskać 40 proc. pozwoleń na emisje CO2 za darmo. Bez takiej klauzuli, która ma obowiązywać do 2030 r., byłoby trudno powstrzymać podwyżkę cen energii elektrycznej w Polsce. O ten element targi toczyły się najdłużej.
Najmniej zamożne państwa UE podzielą się też środkami ze specjalnej rezerwy utworzonej z 2 proc. pozwoleń na emisję. Według nieoficjalnych wyliczeń przekazanych przez źródła dyplomatyczne oznacza to, że Polska otrzyma ok. 7,5 mld zł do 2030 r. na modernizację sektora energetycznego.
Steinhoff: pakiet klimatyczny oznacza podwojenie cen energii
– Ten program jest nierealny – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki. – Będzie kosztował Europejczyków niesamowicie dużo. Jeżeli równocześnie będą ingerencje w rynek praw do emisji, to musimy mieć świadomość, że również będziemy płacili dużo więcej za energię elektryczną. Jeżeli koszty praw do emisji – jak prognozuje Komisja Europejska – będą w 2020 roku zbliżone do 40 euro za 1 tonę, to w Polsce oznacza to podwojenie cen energii elektrycznej.
To zaś odczują zarówno odbiorcy indywidualni, jaki i przemysłowi. W efekcie konkurencyjność polskiego przemysłu znacząco obniży się wobec światowych konkurentów. Premier Ewa Kopacz zapowiedziała wcześniej, że forsowanie tak wyśrubowanych rozwiązań, skończyłoby się polskim wetem, wspartym zresztą przez część państw Unii, które podobnie jak Polska protestują przeciwko kosztownym dla gospodarki rozwiązaniom. Eksperci przestrzegają, że straciłaby na nich cała Europa.
– Gospodarka europejska będzie mniej konkurencyjna. Odbije się to także na rynku pracy – przestrzega Janusz Steinhoff. – Część przemysłu energochłonnego, np. hutnictwo, zostanie przeniesiona z Europy do krajów pozaeuropejskich, a tym samym przeniesione zostaną również miejsca pracy. Konkurencji w gospodarce światowej musi być oparta na wspólnie przyjętych standardach pracy i środowiska.
Z Brukseli Marzena Kozłowska (PAP)
mzk/ kot/Newseria

































































