Piątkowa sesja przyniosła kontynuację odreagowania na nowojorskich giełdach. Analitycy mówią wprost: inwestorów nie obchodzi wojna na Ukrainie, tylko zachodnie sankcje wymierzone w Rosję.


Po szalonym czwartku wydarzenia na rynkach finansowych nie zwalniają tempa. Piątek był dniem odbicia w Europie oraz przyniósł kontynuację wzrostów na Wall Street. Na Ukrainie wciąż toczy się wojna, a rosyjskie wojska przymierzają się do ataku na Kijów. Jednakże dla globalnych inwestorów wynik tego starcie jest kwestią drugorzędną. Kluczową kwestią jest to, czy USA i UE zdecydują się w końcu nałożyć zdecydowane sankcje gospodarcze na Rosję. Póki co nic takiego nie nastąpiło.
- Niektórzy uważają ,że te wzrosty są odzwierciedleniem faktu, że pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę została już uwzględniona w cenach. My się z tym nie zgadzamy – od początku rynki dbały nie o wojnę, lecz o sankcje i ewentualną rosyjską odpowiedź na nie – napisała w raporcie dla klientów Elsa Lignos, szefowa strategii walutowych w RBC Capital Markets,
Rosja nie została odcięta od światowych systemów płatniczych, informatycznych i transportowych. Nadal bez żadnych przeszkód odbywa się handel rosyjskimi surowcami. Ta ostatnia kwestia szczególnie niepokoiła inwestorów. Ewentualne embargo w tym obszarze oznaczałoby globalny kryzys energetyczny i potężną recesję gospodarczą skutkującą drastycznym spadkiem rentowności giełdowych korporacji.

I właśnie malejące ryzyko tego scenariusza dyskontowały amerykańskie giełdy. S&P500 w piątek zyskał 2,24%, kończąc tydzień na poziomie 4 384,66 pkt. Nasdaq poszedł w górę o 1,64%, osiągając wartość 13 694,62 pkt. Tym razem najmocniejszy był Dow Jones, który urósł o 2,51% i na zamknięciu sesji osiągnął pułap 34 0258,75 punktów.
W skali tego historycznego tygodnia amerykańskie indeksy wpadły… blado. DJIA pozostał bez większych zmian, S&P500 zyskał 0,8%, a Nasdaq Composite 1,1%.
Istotna była też reakcja rynku ropy naftowej, będącego jednym z głównych mierników skali gospodarczych retorsji. Notowania ropy Brent zakończyły tydzień na poziomie niespełna 95 USD za baryłkę. A więc znacznie poniżej czwartkowego szczytu (ponad 102 USD) i blisko poziomów sprzed rosyjskiej inwazji na Ukrainę. To właśnie niekontrolowany wzrost cen energii mógł być (i może być) głównym ekonomicznym kosztem wojny nad Dnieprem.





























































