Wojskowe władze Birmy ponownie otworzyły we wtorek szkoły publiczne, po ponad roku od ich zamknięcia z powodu wzrostu liczby zakażeń COVID-19. Ale niewielka część uczniów wróciła do szkół cztery miesiące od wojskowego zamachu stanu, który jest kontestowany zarówno przez nauczycieli, jak i ich podopiecznych.


Jak podaje agencja Kyodo, nauczyciele, którzy nie wrócili do szkół, przyłączyli się do tzw. ruchu obywatelskiego nieposłuszeństwa, bojkotując pracę. Również wielu rodziców nie chce, aby ich dzieci uczyły się w szkołach nadzorowanych przez juntę.
We wtorek otwarta została jedna ze szkół podstawowych w największym mieście kraju, Rangunie. Mimo że jest do niej zapisanych ok. 300 uczniów, w szkole pojawiło się tylko kilkudziesięciu z nich.
W szkole w Bahan, dzielnicy mieszkalnej Rangunu, był spokój, ale panowała atmosfera napięcia, a jej terenu pilnowały siły bezpieczeństwa - podała japońska agencja. W Birmie doszło do serii niewyjaśnionych zamachów bombowych, wśród których celem były również szkoły.
Chociaż junta ogłosiła ponowne uruchomienie szkół publicznych 30 kwietnia w ramach wysiłków zmierzających do normalizacji sytuacji w kraju, ok. 100 tys. nauczycieli i innych osób zaangażowanych w edukację, którzy stanowią 60 proc. ogółu, odmówiło powrotu do lekcji – wynika z przeprowadzonego w maju sondażu związków zawodowych nauczycieli.

W Birmie panuje chaos od czasu przejęcia władzy przez armię 1 lutego i aresztowania przywódczyni kraju, dawnej wieloletniej dysydentki i laureatki pokojowego Nobla Aung San Suu Kyi oraz innych członków jej partii NLD. Codziennie odbywają się protesty, marsze i strajki przeciwko juncie. Birmańskie siły bezpieczeństwa odpowiedziały na nie siłą, zabijając ponad 800 osób – podaje organizacja Związek Pomocy Więźniom Politycznym (AAPP). Wojsko nie zgadza się z tą liczbą, a przywódca puczu Min Aung Hlaing powiedział ostatnio, że w zamieszkach zginęło ok. 300 osób, w tym 47 policjantów. (PAP)
cyk/ tebe/


























































