Jest bardzo wielu aktorów, którzy nie mają pracy, nie dlatego, że są niezdolni, a dlatego, że ten zawód to loteria - powiedział aktor i reżyser Artur Barciś podczas poniedziałkowej debaty „Prawdy i mity o zabezpieczeniu socjalnym artystów” w Centrum Prasowym PAP.


Jak mówił Artur Barciś, aktorzy raz dostają rolę, a innym razem nie, co według niego nie zależy od wcześniejszego dorobku artystycznego. - Nawet jeżeli wcześniejszą rolę zagrało się świetnie, to wcale nie znaczy, że za chwilę dostanie się następną. Może nastąpić okres, w którym nie ma z czego żyć, bo się nie pracuje. Otrzymanie pracy nie zależy od nas, tylko od producenta, reżysera oraz całej masy innych ludzi - tłumaczył.
- Jeżeli człowiek decyduje się na taki zawód, wie, w jaki świat wchodzi. Wie, że nie będzie miał gwarancji, że będzie mógł ten zawód uprawiać, nawet nie ma gwarancji, że skończy szkołę - powiedział aktor. Zwrócił uwagę, że jednak wciąż ogromna rzesza młodych ludzi próbuje dostać się do szkół teatralnych. - Kiedy zdawałem do Szkoły Filmowej w Łodzi w 1975 roku, na 20 miejsc było 400 kandydatów - wskazał.
Według reżysera, czasy się zmieniły, a rynek obecnie jest ogromny. - Zapotrzebowanie na aktorów jest bardzo duże, ponieważ jest mnóstwo seriali, telenoweli, dubbingów, audiobooków - mnóstwo pracy - mówił. Zaznaczył, że praca ta jednak nie wszystkim daje to, o czym marzy każdy aktor, czyli sławę, popularność i pieniądze.
Ustawa ma twarz twórców ludowych, lokalnych
Ustawa o zabezpieczeniu socjalnym artystów jest o tych, których nie znamy i nie widzimy, którzy za 20, 30 lat być może będą znani. Ta ustawa ma twarze artystów ludowych, lokalnych - powiedziała była ministra kultury Hanna Wróblewska.

W trakcie poniedziałkowej debaty „Prawdy i mity o zabezpieczeniu socjalnym artystów”, która odbywa się w Centrum Prasowym PAP, była ministra kultury, historyczka sztuki i kuratorka Hanna Wróblewska przypomniała, że w środowisku artystycznym pracuje ponad 30 lat. – Współpracując z artystami na różnych etapach – jako edukatorka, animatorka, kuratorka czy historyczka sztuki – sama zostałam nauczona, jak fałszywe są mity, w których w latach 90. wszyscy się wychowaliśmy: „przyjdzie rynek i nas wszystkich zbawi”, „przetrwają najlepsi”, „jeżeli ktoś jest dobry, to sam się obroni”. Nagle okazało się, że system potransformacyjny pewnych grup po prostu nie zauważa. Niezależnie od tego, czy są dobrzy, czy źli, wykonują pracę, ale są dla systemu niewidoczni – powiedziała.
Oceniła także, że nie można temu inaczej zapobiec, jak uzupełniając system, który już jest. Dlatego – jak powiedziała – w momencie, gdy zgodziła się wejść do rządu, jednym z jej priorytetów było to, żeby doprowadzić do końca ustawę o społecznym zabezpieczeniu artysty.
– Jesteśmy widzialni, mając etaty czy długotrwałe zlecenia. Natomiast jest grupa ludzi, która nie jest widzialna, bo żyje projektowo. I to nie jest wada czy zaleta, tylko immanentna cecha zawodu artystycznego, że żyje się od projektu do projektu. Powiedzenie komuś, żeby założył jednoosobową działalność gospodarczą, nie załatwi problemu, bo jego projekty są niecykliczne. A z drugiej strony, to są ludzie, którzy tworzą kulturę – powiedziała.
Wskazała także, że przez ostatnie lata państwo polskie uzupełniało system o ludzi, którzy w jakiś sposób zostali pominięci. – Teraz przyszedł czas, żeby zauważyć tych, którzy tworzą i którzy są poza naszym radarem. To nie są przywileje, ale uzupełnienie systemu, który jest stworzony i w którym my wszyscy żyjemy – podkreśliła.
- To jest ustawa w logice tego, co zostało już wymyślone. My nie tworzymy nowych systemów teleinformatycznych, nie tworzymy nowej grupy, tylko włączamy tych, którzy i tak są i pracują w już istniejący system. (...) Ustawa jest o tych, których nie znamy i nie widzimy, którzy za 20, 30 lat być może będą znani, ale żeby tak było, trzeba im w jakiś sposób pomóc i włączyć ich do systemu. Ta ustawa ma twarze artystów ludowych, ma twarze artystów lokalnych - zaznaczyła Wróblewska.
(PAP)





























































