Między 10 a 12.30 wszystko powinno już być jasne. Profesor Jerzy Buzek niemal na pewno zostanie wybrany na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Na inauguracyjnej sesji PE w Strasburgu powinna zagłosować na niego większość spośród 736 europosłów. A już dziś na łamach "Polski" w ekskluzywnym wywiadzie Jerzy Buzek opowiada nam o swojej wizji Europy i świata. I o tym, co będzie chciał zdziałać przez najbliższe 2,5 roku kadencji. Oto jego najważniejsze zamierzenia:
- doprowadzić do podpisania traktatu lizbońskiego w ciągu najbliższego pół roku,
- zająć się kluczowymi dla Europejczyków problemami: kryzysem, migracjami, bezpieczeństwem energetycznym, demografią i polityką wschodnią,
- zawrzeć ze Stanami Zjednoczonymi strategiczny pakt, który miałby doprowadzić do wspólnego sprawowania przywództwa światowego przez Unię Europejską i USA, trwale zlikwidować podział krajów unijnych na stare i nowe i doprowadzić do pełnej integracji,
- sprawić, aby tematyka unijna stała się bardziej "sexy" dla zwykłych ludzi.
Profesor Buzek obawia się, że wszystkich zamierzeń może nie zrealizować. Ale jeśli wyjdzie z nich choćby połowa, już to będzie sukcesem Europy. Ale także sukcesem samej Polski, która po pięciu latach od wstąpienia do Unii wchodzi dziś do europejskiej ligi mistrzów - państw, których przedstawiciele zajmują kluczowe stanowiska i mają największy wpływ na strategię Wspólnoty. Nasz rodak jest pierwszym politykiem z byłego kraju komunistycznego, który obejmie jedno z najwyższych, najbardziej odpowiedzialnych stanowisk w Unii. Oznacza to wzmocnienie wizerunku i pozycji Polski na świecie. Ale jest także zwrotnym momentem w dziejach Unii Europejskiej.
***
Z prof. Jerzym Buzkiem rozmawiają Mira Suchodolska, Elżbieta Kazibut-Twórz i Marcin Twaróg
Przygotował już Pan przemówienie?
Nic jeszcze nie mam. Wybory są we wtorek i trzeba być bardzo powściągliwym.
Ale wie Pan, co powie, kiedy już zostanie wybrany na stanowisko przewodniczącego Parlamentu Europejskiego?
Jeśli zostanę wybrany. Przemówienie będzie krótkie, bo będę miał bardzo mało czasu, parę minut, więc przede wszystkim będą to podziękowania. Prawdziwe, długie przemówienie rozpoczynające kadencję będzie we wrześniu, ale do tego momentu jest jeszcze czas, zdążę się przygotować.
Szef europarlamentu to bardzo prestiżowe stanowisko, ale czy nie będzie się Pan na nim nudzić? Porównując jego kompetencje z tym, co Pan robił w poprzedniej kadencji, można odnieść wrażenie, że ta funkcja jest dla takiego człowieka czynu jak Pan za bardzo, hm, dyplomatyczna.
Chyba nie do końca macie rację, gdyż to, co widać z zewnątrz gołym okiem, to zaledwie dwadzieścia procent pracy, jaką ma do wykonania szef europarlamentu. Reszta dzieje się za kulisami. Proszę sobie wyobrazić - te wszystkie instytucje europejskie skupiające dwadzieścia siedem krajów Europy, a z parlamentami narodowymi przewodniczący też się musi kontaktować. No i dochodzi do tego polityka, która ma wymiar światowy. Do tego przewodniczący otwiera wszystkie szczyty unijne, większość unijnych spotkań. Nie sądzę, abym mógł się nudzić. Przeciwnie, myślę, że jako samodzielny poseł miałem luz.
To ciekawe, bo był Pan uznawany za strasznego pracusia.
Prawda jest taka, że pojedynczy poseł może jako tako wywiązywać się ze swoich obowiązków i niewiele robić. Wystarczy, jak przegląda bieżące sprawy, zastanowi się, jak głosować, porozmawia z kolegami. I nikt nie będzie miał do niego pretensji, choć te czynności zajmą mu 30-40 procent całego czasu, jaki ma do dyspozycji w Strasburgu czy Brukseli. Pozostały czas organizuje sobie sam i tylko od niego zależy, czy będzie odpoczywał, czy pracował.
Ja sobie narzuciłem wiele spraw i to z różnych dziedzin. Ale to był mój wybór. Byłem odpowiedzialny za sprawę nowych technologii, na którą przeznaczono 54 miliardy euro. To wielkie pieniądze i wielka przytłaczała mnie odpowiedzialność. Przez dwa lata robiłem to od rana do wieczora, jeździłem po całej Europie. Angażowałem się też w kwestię ukraińską, potem w energię, pakiet klimatyczny, małe i średnie przedsiębiorstwa. To wszystko było w mojej komisji. A także cały pakiet telekomunikacyjny i nowy podział częstotliwości czy też takie nam bliskie sprawy jak koszty roamingu. Każdy z tych problemów wymagał zapoznania się z wielką liczbą dokumentów, wykonania setek telefonów, dziesiątek spotkań z firmami i ludźmi, których chciałem przekonać do swoich racji. Z tych trzydziestu procent zajętego czasu zrobiło się sto trzydzieści. To były wielkie wyzwania, ale jak porównam to z tym, co powinien mieć na głowie przewodniczący Parlamentu Europejskiego, to uważam, że miałem luz. Jak się czułem już zmęczony, to mogłem w piątek, sobotę i niedzielę przyjechać na Śląsk. Spotkania z samorządowcami, młodzieżą, uniwersytetami trzeciego wieku, dawały mi ogromny oddech. Śląsk to moje korzenie i stąd czerpałem energię. Ale zdarzało się, że przyjechałem do Polski i wyłączałem komórkę. Ale ten, kto będzie przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, przez 2,5 roku takiego oddechu nie będzie miał.
Proszę nam zdradzić - ma Pan już plany na najbliższe trzydzieści miesięcy?
Myślę, że najbliższe lata będą czasem wielkiego przełomu w europarlamencie i całej Unii. Jeśli wejdzie w życie traktat lizboński, Parlament Europejski zyska nowe uprawnienia i trzeba będzie wiele spraw na nowo ustalić. Współpraca europarlamentu, Komisji Europejskiej i Rady Europy nabierze nowego wymiaru. I to będzie jedno z największych wyzwań na nadchodzące 2,5 roku, które są przed nami.
Zakłada Pan, że traktat z Lizbony wejdzie.
Albo wejdzie w ciągu najbliższego pół roku, albo nie wejdzie nigdy. Choć bardzo by się przydał Europie i lepiej by go było mieć, niż nie mieć. On przede wszystkim daje większą władzę bezpośredniej reprezentacji Europejczyków, jaką jest Parlament Europejski, np. inicjatywę ustawodawczą, której w tej chwili nie ma. Dlatego jego znaczenie wśród pozostałych instytucji zarządzających Unią wzrośnie. Ale traktat lizboński równocześnie daje parlamentom krajowym pewną władzę kontrolną nad europarlamentem - to w nich będzie się dyskutować i decydować, czy kierunek zmian w Unii jest dobry, czy nieakceptowalny. Tym samym w realny sposób będą mogły wpływać na ogólnounijne decyzje. Dziś wpływ na politykę unijną mają tylko rządy, a więc instytucje wybierane pośrednio. Przekazanie części kompetencji parlamentom, czyli ciałom wybieranych bezpośrednio, wprowadzenie problematyki unijnej do dyskusji narodowej przybliżyłoby ją ludziom, dało poczucie, że mają na coś wpływ.
Co prawda zabiegi o stanowisko szefa europarlamentu dla Pana osoby wszyscy w Polsce śledzili z wypiekami na twarzach, niemniej na co dzień sprawy Unii nie są dla Polaków szczególnie pasjonujące.
To nie dotyczy tylko Polaków, ale wszystkich społeczeństw krajów Unii. To jest następne wyzwanie, zarówno dla przewodniczącego europarlamen-tu, eurodeputowanych, ale także dla rządów państw członkowskich. Co zrobić, aby obywatele poczuli się uczestnikami tego wielkiego projektu, jakim jest Unia. Co zrobić, aby pociągnąć za sobą ludzi, przekonać ich do zmian i działania. Społeczeństwa interesuje przede wszystkim - i bardzo dobrze - poziom i komfort życia, bezpieczeństwo i rozwój ich dzieci.
Chciałbym dać przykład: bardzo dużo mówi się o bezpieczeństwie energetycznym. Dla nas, polityków, wiąże się to z polityką zagraniczną, stosunkami z Rosją, neutralnością tras przebiegu gazociągów, ropociągów, sytuacją na Ukrainie i Białorusi. Dla obywateli ten wielki projekt polityczny znaczy tyle, co stały dopływ taniej energii elektrycznej, gazu. A więc my musimy pokazać obywatelom, wytłumaczyć, jak te wielkie działania przekładają się na ich życie codzienne, bo dla nich tani gaz i energia są ważniejsze niż tanie rozmowy i praca - to jest ich życie codzienne.
Ale ja bym nie przesadzał w użalaniu się nad obojętnością w stosunku do Unii czy też domniemanym eurosceptycyzmie Europejczyków.
W Stanach Zjednoczonych w wyborach do Kongresu bierze średnio udział 35 proc. wyborców, a nikt nie powie, że Amerykanie są amerykanosceptyczni. Niemniej to moje marzenie: sprawić, by Unia Europejska była dla ludzi czymś bardzo ważnym.
Europa staje się nudna, bo brakuje żarliwości, która towarzyszyła jej tworzeniu. Za bardzo Europa zurzędniczała.
Z przykrością muszę powiedzieć, że jest dużo prawdy w tym zarzucie. I to jest następne wyzwanie, zarówno dla Parlamentu Europejskiego, jak i Komisji Europejskiej. Nigdy nie zapomnę, jak przed laty prowadziliśmy długie rozmowy na temat Unii z ówczesnym premierem Hiszpanii. Byliśmy w bardzo bliskich relacjach, pomagał nam wtedy w negocjacjach o akcesję. Powiedział mi kiedyś: Jerzy, ty nie masz pojęcia, jaka ta Europa jest nudna. A to był moment, kiedy my stawaliśmy na głowie, aby dostać się do tej nudnej Europy. Ja byłem wówczas szefem rządu mniejszościowego i wprowadzałem w życie w ciągu roku 160 ustaw europejskich, które przeszły przy przewadze niemal 95 proc. głosów, bo wszyscy uznawali, że są niezbędne, bo wszystkim tak bardzo zależało na tym, aby wykorzystać tę niebywałą okazję i po 300 latach znów dołączyć do rodziny europejskiej.
A tu siedzi premier kraju bardzo podobnego do Polski - 40 milionów ludności, kraj katolicki - i mówi, że to wszystko jest strasznie nudne. Byłem zaskoczony. Teraz zrozumiałem, co on miał na myśli.
Bo działania UE to nie fajerwerki, to codzienna praca, to codzienne szukanie kompromisów między 27 krajami. UE powstała po to, by Europie zapewnić rozwój, bez wojen, bez konfliktów i bez dominacji jednych krajów nad drugimi. Cieszmy się, że mieszkamy w takim kawałku świata.
Jakie ma Pan pomysły, aby go jeszcze udoskonalić?
Ja mam taką wizję, że trzeba zrobić wszystko, by Unia w ciągu tych najbliższych lat - jeśli będę za nią w jakiś sposób odpowiedzialny - dokonała zasadniczych zmian w kilku kluczowych sprawach i zaistniała w skali światowej. I to będzie także droga do strategicznego wzmocnienia pozycji i wizerunku Polski. Jesteśmy częścią Unii, zależymy od Unii, więc jeśli nam się uda dla Unii zrobić coś wielkiego, znaczącego, to będzie to z ogromną korzyścią dla Polski.
Brzmi to wszystko bardzo tajemniczo, więc zapytamy wprost: co wielkiego chciałby Pan zrobić dla Unii? Doprowadzić do podpisania traktatu lizbońskiego, o to chodzi?
Nie, choć niewątpliwie byłoby to mocne wejście. Teraz ważne jest wyjście z kryzysu, ważne jest bezpieczeństwo energetyczne, problemy migracji, dramatyczny kryzys demograficzny. To są kwestie istotne i nimi trzeba się w pierwszej kolejności zająć. To tylko my, politycy, wiemy, że gdyby był traktat lizboński pewne sprawy załatwiałoby się łatwiej. Ale to nie znaczy, że bez niego nic się nie uda. Też się uda, choć będzie dużo trudniej.
Czyli Pana program na najbliższe dwa i pół roku to bezpieczeństwo energetyczne, demografia, migracje i wyjście z kryzysu.
I oczywiście bardzo ważne dla mnie będzie Partnerstwo Wschodnie. Wybory na Ukrainie już za pół roku, a jak państwo wiedzą, od dawna, od pomarańczowej rewolucji, bardzo się angażuję w to, co się dzieje w tym kraju. Ale Unia ma przed sobą jeszcze inne strategiczne wyzwanie dotyczące gospodarki globalnej. Kluczowe są także relacje Unii na zewnątrz, z państwami spoza Wspólnoty.
Strategia lizbońska, która miała uczynić Europę najbardziej dynamicznym i konkurencyjnym regionem gospodarczym na świecie, nie sprawdziła się. Uważa Pan, że rzeczywiście możemy konkurować z Indiami, Chinami czy Stanami?
Uważam, że jest to jedyny niezawodny sposób na wyjście z kryzysu. Bo, najkrócej rzecz ujmując: chcemy być konkurencyjni w skali świata, chcemy na rynku globalnym sprzedawać nasze produkty i usługi. To nasz cel. A na czym polega kryzys? Że świat przestał kupować, nie ma popytu. I wygra na rynku ten, kto ma lepsze produkty. Strategia lizbońska miała nam dać lepsze produkty. W każdej dziedzinie dzięki technologiom, innowacjom, dzięki wiedzy, którą wykorzystujemy w gospodarce. I dlatego, choć strategia lizbońska nie bardzo wyszła, to dzisiaj jest potrzebna bardziej niż 10 lat temu, więc może warto by do niej wrócić. To jedna sprawa.
Druga to taka, że Unii potrzebne jest strategiczne porozumienie z Amerykanami. Ale już nie to na poziomie natowskim, choć oczywiście jest ono bardzo ważne dla Polski. Mam na myśli konieczność zawarcia paktu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską, bo zmienił się świat i stara rywalizacja USA - Unia nie tylko nie jest potrzebna, ale szkodliwa. Wspólnie moglibyśmy być silnym partnerem dla krajów Dalekiego Wschodu, Indii, Japonii czy Chin. Naszym obowiązkiem będzie wciągnięcie tych krajów do współpracy, prowadzenie z nimi dialogu.
Nie można dłużej udawać, że Rosja, Ameryka Łacińska, Afryka i Azja nie liczą się, że nie zagrażają światu pod względem gospodarczym i każdym innym.
Dlatego za tak ważne uważam stworzenie nowych relacji Unia - Stany. Powinniśmy jak najszybciej zacząć je konstruować, a przynajmniej zasygnalizować taką inicjatywę.
To wymaga oczywiście decyzji wszystkich instytucji europejskich, ale od czegoś trzeba zacząć. Wymaga tego odpowiedzialność za przyszłość. Cywilizacja na świecie rozwija się zgodnie z naszym modelem. I my za ten model życia ludzi na całym świecie powinniśmy czuć się odpowiedzialni.
To wielkie plany. Potrzeba będzie Panu do ich zrealizowania wielu sprzymierzeńców.
Bardzo liczę na pomoc moich koleżanek i kolegów, nie tylko tych najbliższych z mojej grupy politycznej. I na dobrą atmosferę - taką jaka była przez ostatnie tygodnie, kiedy wspólnie się staraliśmy o to, żeby Polska mogła zaistnieć w Unii Europejskiej w nowy sposób. Liczę również na koleżanki i kolegów z nowych państw członkowskich. Bo to jednak jest przełomowy moment, wiele osób tak to widzi i o tym mówi. Jeśli oczywiście wybory we wtorek zakończą się moim sukcesem, to uważam, że kończy się podział między starymi a nowymi krajami UE. Miedzy starymi a nowymi krajami była kiedyś żelazna kurtyna, teraz jest na pewno mniej widoczna, ale do tej pory był jeszcze taki podział na tych nowych i tych, którzy są w Unii od dawna. Bo rozszerzenie i integracja to są jednak dwie różne rzeczy. I chcielibyśmy, żeby ten podział zniknął. I na pewno zniknie. Były w UE na razie dwie prezydencje, które sprawowały nowe kraje - słoweńska i czeska. Na pewno były szalenie trudne, szczególnie dla naszych południowych sąsiadów Czechów. Mieli pecha w środku prezydencji, że nastąpiła zmiana rządu, ale do tego momentu uważam, że sprawdzili się.
Jednak musimy wciąż pracować nad integracją, dlatego jeśli zostanie mi powierzona ta misja, będę ją traktował jak egzamin naszej europejskiej dojrzałości. A wracając do sprzymierzeńców - wiem, że wielu polityków unijnych myśli podobnie jak ja.
Czy miał Pan kiedyś wrażenie, że w strukturach europejskich traktują Pana z pewnym protekcjonalizmem, niczym biednego kuzyna z prowincji?
Nigdy tego nie odczułem. Od pierwszych posiedzeń komisji mówiłem o rzeczach, które - tak się złożyło - po roku czy dwóch okazały się istotne dla całej Unii. Bodaj na pierwszej albo drugiej komisji mówiłem o węglu i jego strategicznym znaczeniu, o tym, że będzie źródłem energii przez najbliższe dziesięciolecia. I rok później cena ropy naftowej wzrosła kilkakrotnie. Wtedy wszyscy sobie przypomnieli to moje wystąpienie. Kiedy poruszane były kwestie klimatyczne, też mogłem merytorycznie zabrać głos. Właśnie w ten sposób zyskuje się szacunek. Jednak nigdy wcześniej ani ja, ani moi koledzy nie czuliśmy, by ktoś nas separował czy darzył niechęcią. Inna sprawa, że kiedy do Parlamentu Europejskiego przychodzi ktoś nowy, to dopiero musi się nauczyć po nim poruszać. To dotyczy także europosłów z Francji czy Hiszpanii, ale oni mają tę przewagę, że w europarlamencie są ich starsi koledzy, więc mają się od kogo uczyć. A my wszyscy zaczynaliśmy od zera, więc było nam trudniej. Ale już się nauczyliśmy. Teraz trzeba zrobić kolejny krok w zmianie myślenia o Europie: uwierzyć, że jesteśmy całkowicie normalni, że jesteśmy zintegrowani, że traktuje się nas jako dojrzałych partnerów. Wysokie stanowiska, jakie będą obejmować Polacy, mogą pomóc w zmianie mentalności ludzi ze wszystkich nowych krajów. Ale musimy nad tym pracować i to jeszcze trochę potrwa. Już mówię dlaczego. Otóż wielu młodych ludzi zajmuje w tej chwili ważne stanowiska w strukturach europejskich. Ale przedstawiciele starych krajów, powiedzmy ci 40-letni, mają często już piętnastoletni staż pracy w Unii. A my najwyżej pięcioletni. To jest zasadnicza różnica. Unii trzeba się uczyć strasznie długo, bo to jest bardzo skomplikowany mechanizm. Pod względem dyplomacji, zawartości merytorycznej czy skomplikowanych struktur i sposobów działania. Ta nauka wymaga czasu. Dlatego chciałbym zainicjować taki ruch wśród młodych Polaków, aby angażowali się w sprawy unijne i zdobywali doświadczenie, tak aby za parę lat mogli sięgnąć po najwyższe stanowiska.
Przed chwilą Pan mówił, że liczy na pomoc polskich posłów, także tych z drugiej strony sceny politycznej. Na Michała Kamińskiego, który będzie jednym z 14 Pana zastępców, także?
W poprzedniej kadencji, a mam nadzieję, że w tej będzie tak samo, kontakty były bardzo dobre. Mogliśmy się czasami różnić co do szczegółowych rozwiązań, ale jak przyszło do głosowania i chodziło o interes Polski, to naprawdę mogliśmy sobie podawać nawzajem kartki do głosowania.
Wszyscy mówią o Panu, że jest pan człowiekiem, który łączy, potrafi się ze wszystkimi dogadać. Pamiętamy, że jak grał Pan krasnala Śpioszka w przedstawieniu "Królewna Śnieżka" w Chorzowie, to też natychmiast zintegrował Pan wszystkie krasnale.
Pamiętam! Bardzo się starałem i robiłem wszystko, żeby dobrze wczuć się w tę rolę. Integracja krasnali polegała na tym, że natychmiast, w pierwszej chwili jak ich tylko zobaczyłem, przeszedłem ze wszystkimi na ty. A towarzystwo było bardzo barwne, od rektora największej śląskiej uczelni, poprzez szefa strażaków i polityków różnych opcji. Choć byliśmy tak różni, zaprzyjaźniliśmy się ze sobą, spędzaliśmy na próbach wiele godzin i naprawdę ciężko pracowaliśmy.
Jednak są tacy, którzy Pana koncyliacyjny styl poczytują za słabość i brak charakteru. Opinie tego typu pojawiły się ostatnio w prasie francuskiej i niemieckiej.
Mnie zależało zawsze na tym, żeby zrobić konkretne rzeczy, a nie zdobywać władzę dla samej władzy. Ale żeby móc zmieniać, trzeba mieć do tego oparcie w jak najszerszych kręgach. Dla mnie nie liczą się spektakularne gesty, przysłowiowe bicie pięścią w stół. Ale skuteczność w osiąganiu celu. I dziś, po latach doświadczeń, jestem już pewien, że to właściwy sposób działania. Ale wymaga ogromnej cierpliwości i otwarcia na innych ludzi, a także ogromnej pokory, bo przecież nie wiemy wszystkiego. Człowiek nie jest w stanie ogarnąć całej złożoności spraw w kraju, danym regionie czy nawet w mieście. Dlatego trzeba rozmawiać z ludźmi, kierować się ich uwagami i traktować je bardzo poważnie. Nawet ci, którzy w końcu przegrają czy nie mają racji, również wpływają na nasze decyzje, bo ich punkt widzenia trzeba w jakiś sposób uwzględnić. I to jest mój styl. Ale nie zdarzyło się, żebym nie doprowadził do końca rzeczy, które uważałem za szczególnie ważne. Tak było z pozycją Polski w traktacie nicejskim, tak było z zablokowaniem rozmów UE - Rosja w sprawie Gazociągu Północnego, tak było również w przypadku wejścia Polski do NATO czy też przeprowadzenia przez Sejm reform w Polsce. Nie odbywało się to przez pohukiwanie w świetle kamer. Jeszcze raz powtarzam: dla mnie w polityce liczy się skuteczność.
Powiem szczerze: przez całe ostatnie pięć lat byłem najzwyklejszym z posłów i nie zabiegałem o władzę ani zaszczyty. Uważałem, że można ogromnie wiele załatwić, nie mając w ręku żadnej władzy. I to jest prawda.
Ale jakoś tak dziwnie się składa, że władza sama przychodziła do Pana.
Przypadkiem. Proszę mi wierzyć. Nigdy nie miałem takich planów, żeby być kimś, ale żeby coś zrobić. Jak byłem w Solidarności, to chodziło o to, żeby zorganizować komisję zakładową w instytucie. To było zadanie. Tak się złożyło, że zostałem jej przewodniczącym. Potem włączyłem się w organizację struktur krajowych, pierwszej po wojnie instytucji demokratycznej w historii Europy Środkowo-Wschodniej od czasów wojny, liczącej 10 milionów ludzi. Był zjazd w Gdańsku i jechałem tam z myślą, że zobaczę, jak się taki zjazd prowadzi, bo to nie byle co, tysiąc ludzi, wśród których mogą być także esbecy chcący go storpedować. I wybrali mnie na przewodniczącego, co było dla mnie zdumiewające. Potem były różne sprawy w podziemiu, dostałem pisma od Bujaka, żeby skontaktować go ze strukturami podziemnymi, ale ich nie było, więc ktoś musiał je zorganizować. A ja miałem kupę innych zainteresowań, ale jak trzeba, to trzeba. Po 1989 roku pomyślałem sobie: po cholerę ja mam w tej polityce tkwić, mam swoją pracę naukową, świetnych przyjaciół, zajmę się swoim życiem. Ale przyszli koledzy: mógłbyś ten program AWS przygotować, no to zrobiłem. I prosiłem ich, żeby mi nie dawali żadnej komisji sejmowej do prowadzenia, mówiłem z góry, że ja chcę być zwykłym posłem, żeby jak najmniej siedzieć w Warszawie, chciałem kontynuować swoją pracę naukową.
I został Pan premierem.
No właśnie, wcale o to nie zabiegałem. Ale sobie pomyślałem: to przecież niesamowite wyzwanie, możemy zreformować kraj, możemy spełnić marzenia pokoleń i Polska może być członkiem NATO i Unii Europejskiej, to było niesamowite wyzwanie.
A teraz, o czym jesteśmy przekonani, zostanie Pan szefem Parlamentu Europejskiego. Czy pamięta Pan, kto pierwszy powiedział: a może by tak został nim Buzek?
Rok temu, na wiosnę, podchodzili do mnie pojedynczy posłowie i pytali, czy ja jeszcze raz wystartuję do europarlamentu i że byłoby fajnie, gdyby jego przewodniczącym został ktoś z nowych państw członkowskich.
Polacy tak mówili?
Nie. Hiszpanie, Czesi, Niemcy i Anglicy, podchodzili do mnie dosyć często. Myślę, że podchodzili też do trzydziestu innych posłów, sondowali. Ja nie przywiązywałem do tego wagi. Ale to wtedy po raz pierwszy padło moje nazwisko. Jesienią 2008 roku kierownictwo Europejskiej Partii Ludowej zadało mi nieoficjalne pytanie, czy mnie to interesuje. Odpowiedziałem, że jeśli byłoby to korzystne dla europarlamentu czy dla chrześcijańskich chadeków,to nie wykluczam takiej możliwości. Domyślam się, że równocześnie były kontakty z polskim rządem i kierownictwem Platformy, ale - jak sądzę - wszystkie te rozmowy były bardzo nieoficjalne, bo wtedy było to jeszcze dzielenie skóry na niedźwiedziu. Wiadomo było bowiem, że po wyborach do europarlamentu skład tej instytucji, a więc i układ sił, może się zmienić i wszystkie ustalenia będą nieaktualne. Tak jak się to stało w 1999 roku, kiedy też ustalono przed wyborami podział komisji, stanowisk, ale przyszli nowi posłowie i wszystko zburzyli. Teraz tak też się mogło stać.
Ale nie zburzyli.
Zasadnicze znaczenie miały wybory - to rozwiązywało sprawę. Bo żadna inna rządząca partia w Europie nie uzyskała tak dobrego wyniku jak PO w Polsce. Mój wynik na Śląsku był także znamienny, choć miałem przecież bardzo godnego konkurenta profesora Adama Gierka, z którym zresztą współpracowaliśmy przez pięć lat w jednej komisji. Więc to była merytoryczna konkurencja i jestem bardzo szczęśliwy i dumny, że tak wielu Ślązaków mi zaufało. Ale właśnie to sprawiło, że wcześniejsze ustalenia nie były czymś abstrakcyjnym, że znalazły legitymizację.
Interesują nas obiady i lunche, które były zjadane podczas tych wszystkich spotkań i negocjacji. Sam Pan mówił, że były ich setki.
Najczęściej odbywały się nie w restauracjach, ale takich barkach, gdzie można zjeść w ciągu czterdziestu minut i przy tym porozmawiać. Tam się wszyscy ciągle śpieszą, więc niezależnie od rangi spotkania taki szybki lunch jest najwygodniejszy. Liczy się skuteczność i załatwienie sprawy bardziej niż nadzwyczajne gesty. Ale oczywiście miałem również takie dostojne obiady czy kolacje, sam zapraszałem i byłem zapraszany. Ale tak naprawdę ważne jest nie to, co i gdzie się je, ale sama rozmowa.
Nie jest dla Pana ważne, co pan je?
Bardzo ważne. Pod gmachem Parlamentu Europejskiego jest restauracja polska. I tam się często spotykaliśmy. Przychodzili również posłowie innych narodowości - na gołąbki, żurek, pierogi czy kapuśniak.
Ale sylwetkę ma Pan wyśmienitą, kondycję też. Obserwowaliśmy, kiedy odwiedził nas Pan na otwarciu Media Centrum w Sosnowcu, jak ganiał niczym kozica po schodach, aż fotoreporter nie mógł za Panem nadążyć. Jak Pan to robi - jakieś ćwiczenia, rowerki?
Niestety, choć uprawiałem sport przez całe życie, teraz nie mam czasu. Ale prowadzę bardzo intensywne życie, sama podróż do europarlamentu to 6-8 godzin z przesiadkami, a samo przejście we Frankfurcie z jednego terminalu na drugi to jest parę kilometrów. Na spotkania też chodzę pieszo, jak mam intensywny dzień, to robię parę kilometrów. Do tego dochodzą zebrania plenarne, doba pracy ma co najmniej 12 godzin. Nie mam czasu na odpoczynek. W Parlamencie Europejskim po prostu trzeba mieć kondycję.
A jak radzą sobie z taką ciężką pracą w europarlamencie kobiety?
Świetnie.
Jest ich mniej niż mężczyzn, może tam też należałoby wprowadzić parytety? Teraz dużo się mówi o nich jako sposobie na wprowadzenie większej liczby kobiet do życia publicznego.
U mnie w rodzinie było tak, że jak się dziewczyna dobrze uczyła, to szła na studia, a chłopak jak się źle uczył, to szedł do roboty. Dlatego dla mnie problem dyskryminacji kobiet nie istnieje. Jeśli jednak panie uważają, że parytety zwiększą ich szanse na zaistnienie w życiu publicznym, to nie będę protestował. Dla mnie jednak wyjście jest inne, choć bardziej skomplikowane niż parytety: przy każdej firmie powinien być żłobek i przedszkole, choćby malutkie, na kilkoro dzieci. Tak aby kobieta po kilku miesiącach od urodzenia dziecka mogła wrócić do pracy, aby nie przekreślała swoich szans zawodowych. Na przykład w firmie L'Oréal, bardzo innowacyjnej, w ten sposób udało się doprowadzić do tego, że ponad połowa jej załogi to są kobiety. I tylko takie działania sprawią, że kobiety będą miały większe szanse. Tylko wtedy kobiety będą mogły realizować się zawodowo, nie rezygnując z macierzyństwa i życia rodzinnego.
Panie profesorze, to może kiedy już skończy się Pana kadencja szefa europarlamentu, wystartuje Pan w kolejnych wyborach prezydenckich w Polsce. Miałby Pan co robić.
Musiałyby przede mną stać, jako prezydentem, niezwykłe zadania do wykonania (śmiech). A teraz serio - poważnie traktuję zobowiązania wobec moich wyborców na 5-letnią kadencję w PE. Teraz jednak mam konkretną pracę do wykonania dla Unii i tylko o tym mogę myśleć.
Czego Pan się boi najbardziej, co będzie najtrudniejsze?
Po prostu, że się nie uda zrobić tego, co sobie zaplanowałem.





























































