W sobotę późnym wieczorem polskiego czasu Międzynarodowy Komitet Olimpijski ogłosi decyzję o wyborze gospodarza letnich Igrzysk Olimpijskich w 2020 r. W finałowej trójce kandydatów znalazły się kraje zmagające się z poważnymi trudnościami gospodarczymi.
Foto: PAP/EPA
Aktualizacja: gospodarzem letnich Igrzysk Olimpijskich w 2020 r. jest Tokio
Madryt, Tokio, Stambuł – jedno z tych miast rozpocznie przygotowania do największej imprezy sportowej współczesnego świata. Za 7 lat do Hiszpanii, Turcji lub Japonii zjadą tysiące sportowców, kibiców i dziennikarzy, dla których wybudowane zostaną nowoczesne obiekty sportowe, hotele i infrastruktura. Łyżkę dziegciu w olimpijskiej beczce miodu stanowi fakt, że za wszystko jak zwykle zapłacą podatnicy, których los w Kastylii, nad Bosforem czy na Dalekim Wschodzie już teraz nie jest kolorowy.
Pchnięcie bezrobotnym
Najbardziej wytrwałym kandydatem w finałowej trójce jest Madryt. Stolica Hiszpanii stara się o organizację letnich igrzysk już trzeci raz z rzędu. Najnowszy wniosek (Madryt starał się także o IO w 1972, również bezskutecznie) składany był w 2005 r., kiedy rzeczywistość gospodarcza w Hiszpanii była diametralnie inna.
Ze względu na zapewniany przez EBC tani kredyt boom budowlany trwał w najlepsze, stopa życiowa Hiszpanów rosła, a kraj stawiany był nowym krajom UE – w tym Polsce – za wzór szybkiego skoku cywilizacyjnego. Jak zwykle w takich okolicznościach hiszpański sen o potędze został zniweczony przez kryzys gospodarczy, który nie odpuszcza do dziś.

Długotrwała recesja, bankructwa banków i deweloperów, masowe protesty społeczne – oto nowa hiszpańska rzeczywistość, w której czołowe miejsca w serwisach informacyjnych zajmuje nie wynik starcia Barcelony z Realem, lecz rosnąca rentowność obligacji. Największa katastrofa panuje na rynku pracy. Dość powiedzieć, że odsetek bezrobotnych ogółem wynosi ponad 26%, a wśród osób do 25 lat bezrobocie wynosi 56,1%. Doszło do tego, że młodzi Hiszpanie – wypychani z krajowego rynku pracy przez skostniałe regulacje – za chlebem wyjeżdżają już nie tylko do Niemiec lub Wielkiej Brytanii, ale też do Polski lub Maroka.
Skok w dług
Faworytem bukmacherów przed jutrzejszym werdyktem pozostaje Tokio. Stolica Japonii już organizowała letnie igrzyska – w 1964 r. – jednak, podobnie jak w przypadku Madrytu, realia gospodarcze były wówczas odmienne. W latach 60. otrząsająca się z powojennej traumy Japonia zadziwiała świat tempem rozwoju gospodarczego. Dziś Kraj Kwitnącej Wiśni jest antywzorcem za dług, drukowanie jenów i strukturę demograficzną.
Wygrana w wyścigu o igrzyska w 2020 roku ma być „czwartą strzałą” w kołczanie premiera Shinzo Abe. Z trzech dotychczasowych – podwojenia podaży pieniądza, zwiększenia wydatków publicznych i deregulacji gospodarki – najczęściej sięgano po dwie pierwsze. Póki co najbardziej cieszą się z tego inwestorzy (za rządów Abego Nikkei dał zarobić ponad 50%) i eksporterzy korzystający z taniego jena. Cierpią zaś zwykli obywatele, którzy jednocześnie obserwują wzrost cen i spadek wynagrodzeń (już 14 miesięcy z rzędu). Na domiar złego zwiększone wydatki publiczne, które w razie wyboru Tokio pójdą także na obiekty olimpijskie, rząd planuje sfinansować poprzez podwojenie stawki podatku VAT.
Finansowym sportem narodowym Japonii jest jednak nie proponowane przez rząd łucznictwo, ale dług publiczny. W ubiegłym miesiącu na japońskim zegarze długu wybiła kwota 1.000.000.000.000.000 (słownie: biliard) jenów. Pod względem stosunku długu publicznego do PKB (214%) Kraj Kwitnącej Wiśni deklasuje wszystkich światowych konkurentów, z Zimbabwe (187%) i Grecją (156%) na czele grupy pościgowej.
Bliskowschodnie strzelectwo
W równie niekorzystnym momencie do walki o organizację IO przystępuje Turcja. Kraj, który przez wiele lat był faworytem zarządzających funduszami inwestycyjnymi, przeżywa klasyczne dla rynków rozwijających się załamanie związane z odpływem zagranicznego kapitału. Wielka wyprzedaż tureckich aktywów skutkuje słabnącą walutą, taniejącymi akcjami i eksplodującymi rentownościami obligacji.
Nad Bosforem nie umilkły jeszcze echa silnych konfliktów społecznych, które targały krajem na przełomie maja i czerwca. Zamieszki, które wybuchły na głównych ulicach i placach starającego się o IO Stambułu, dobitnie pokazały, że za gospodarczym sukcesem kraju nie stoi niewidzialna ręka rynku, ale silna ręka rządzącej partii. Podobnie jak inne kraje rozwijające się, Turcja ma też drugie, biedniejsze oblicze: 16% z ponad 70-milionowego społeczeństwa żyje w skrajnym ubóstwie. Finansowane z publicznej kasy pełnowymiarowy basen, tor do kajakarstwa górskiego czy wystawny stadion nie są z pewnością obiektami ich marzeń. Najpierw chleba, a dopiero później igrzysk.
Według zagranicznych komentatorów gwoździem do trumny tureckiej kandydatury może być konflikt w Syrii. Organizacja igrzysk w kraju graniczącym z najbardziej zapalnym punkcie świata – z dużą dozą prawdopodobieństwa Bliski Wschód nie zamieni się do 2020 r. w oazę spokoju – może się nie spodobać sponsorom i władzom MKOl, którzy w czasie imprezy chcą liczyć zyski, a nie drżeć przed widmem zamachów terrorystycznych.
Być jak Barcelona
Od ponad 20 lat „świętym Graalem” wszystkich kandydatów ubiegających się o organizację dowolnej dużej imprezy sportowej jest powtórzenie casusu Barcelony. Igrzyska w 1992 r. (pierwsze „skomercjalizowane”, na których wystąpili m.in. zawodowi koszykarze z NBA) i związana z nimi modernizacja pozwoliły stolicy Katalonii zyskać status światowej stolicy. Problem w tym, że nie każde miasto może pochwalić się ciepłym morzem, architekturą Gaudiego czy jednym z największych klubów piłkarskich. Krótko mówiąc, z igrzyskami czy bez Barcelona i tak przyciągnęłaby turystów.
Od tamtej pory przykładem Barcelony szafowała niezliczona liczba miast i państw, w tym niestety także Polska. Rok po zakończeniu Euro 2012 entuzjazm nad Wisłą spadł dramatycznie, a drogie i nierentowne stadiony częściej niż dumą narodową napawają frustracją. Wspomnienia po wielkich imprezach nie osładzają także ciężkich czasów Grekom czy Portugalczykom, a niszczejące obiekty olimpijskie w Pekinie nie przydają splendoru mierzącym się ze spowolnieniem gospodarczym władzom Chin.
W obliczu największego od dziesięcioleci światowego kryzysu organizacja kosztownych igrzysk olimpijskich to sprawa bardzo kontrowersyjna. Trudno oczekiwać, żeby o IO przestali zabiegać politycy czy międzynarodowe organizacje sportowe. Veto powiedzieć mogą jedynie podatnicy, co kilka miesięcy temu zademonstrowali Brazylijczycy, protestując przeciwko wydatkom na Mundial 2014 i olimpiadę w 2016 r.
Propagowane przez MKOl szlachetne współzawodnictwo i braterstwo wszystkich narodów to piękna idea, ale pod warunkiem, że zabawa nie odbywa się na cudzy koszt.
Michał Żuławiński
Bankier.pl


























































