W czwartek po południu może się rozpocząć nowa era w krótkich dziejach strefy euro. Europejski Bank Centralny najprawdopodobniej przyłączy się do monetarnych szaleńców, ordynując szkodliwe remedium na wyimaginowaną chorobę.
Większość analityków spodziewa się, że EBC obniży stopę referencyjną z 0,25% do 0,10% i sprowadzi stawkę depozytową z zera do -0,10%. W ten sposób banki musiałyby płacić za trzymanie gotówki na rachunkach w banku centralnym. Byłby to precedens w historii eurolandu i czysty absurd z punktu widzenia teorii finansów. Oprócz cięcia stóp ekonomiści spekulują, że EBC wymyśli jakieś „niestandardowe” mechanizmy luzujące i tak ekstremalnie luźną politykę monetarną. Na liście typów pierwsze miejsce zajmuje coś, co można by określić mianem „celowanego LTRO” – czyli pompowania gotówki w banki pod ściśle określonymi kryteriami. Chodzi tu przede wszystkim o zachętę do udzielania pożyczek małym i średnim przedsiębiorstwom, co miałoby pobudzić akcję kredytową w eurolandzie. Na rynku wspomina się także o możliwości zerwania ze sterylizacją programu SMP, w ramach których EBC nabył obligacje eurobankrutów: Grecji, Portugalii i Hiszpanii. W praktyce oznaczałoby to dodruk pieniądza w skali ok. 100 mld euro. Możliwa jest także obniżka stopy rezerw obowiązkowych, wprowadzenie obietnicy utrzymania zerowych stóp procentowych w określonym horyzoncie czasowym lub po prostu prymitywny QE (tj. skup obligacji za świeżo wykreowane pieniądze) na wzór amerykańskiej Rezerwy Federalnej.Po co drukować pieniądze?
Oficjalnym celem podjęcia „nadzwyczajnych kroków w polityce monetarnej” jest chęć uchronienia Europy przed „widmem deflacji” oraz rozkręcenia akcji kredytowej, która obecnie jest w stanie agonalnym. Przy tym nikomu nie przeszkadza fakt, że problemem strefy euro jest nadmierne zadłużenie oraz zbyt wysoki poziom cen i płac, pozbawiający konkurencyjności większość krajów eurolandu. To nic, że aby wyjść z kryzysu, Europa potrzebuje mniej długów, niższych podatków, mniej regulacji, niższych kosztów pracy i niższych kosztów życia możliwych dzięki mocnej walucie, jaką miało być euro.
Obecnie dominujący paradygmat ekonomiczny zakłada, że bez kredytu nie ma wzrostu gospodarczego i że deflacja jest największym złem, jakie może spotkać gospodarkę. W grę wchodzą też interesy banków, które przecież żyją z udzielania kredytów i których byt przy wzroście realnych stóp procentowych (co ma miejsce w warunkach deflacji) jest zagrożony. Chodzi więc o interes banków „zbyt-dużych-aby-upaść”, a nie o realną gospodarkę. Nie bez znaczenia były zapewne też naciski polityczne, aby EBC jeszcze bardziej obniżył koszty obsługi rosnącego zadłużenia publicznego Francji, Włochy czy Hiszpanii. Europejski Bank Centralny, skłaniając banki komercyjne do uruchomienia akcji kredytowej, tak naprawdę zachęca je do działania na szkodę własną, jak i całej gospodarki. Po pierwsze, strefa euro - podobnie jak niemal cały Zachód – potrzebuje realnej redukcji długów, a nie ich zwiększenia. Po drugie, banki wstrzymują się z kredytowaniem przedsiębiorstw nie bez powodu: nie kredytuje się podmiotów o wątpliwej zdolności do spłaty zadłużenia. Lecz EBC najwyraźniej chciałby, aby spłacalność kredytów nie grała roli. Skoro tak, to czemu sam nie uruchomi linii kredytowych dla bankrutujących hiszpańskich deweloperów?W wojnach walutowych nie ma zwycięzców
Drugim aspektem użycia przez EBC „niestandardowych” instrumentów polityki monetarnej jest dążenie do osłabienia euro względem pozostałych głównych walut. W świecie, w którym wszyscy na potęgę drukują pieniądze usiłując zniszczyć wartość własnej waluty, EBC jawił się jako ostatni normalny w domu wariatów. Teraz dołączy do pozostałych pensjonariuszy. Pierwsze efekty już widać. Od czasu majowej zapowiedzi Mario Draghiego kurs euro do dolara obniżył się o 2,7%, spadając z 2,5-letniego maksimum. W ten sposób EBC przyłączył się do wojen walutowych – czyli polityki obniżania wartości własnej waluty prowadzonej w celu sztucznego podniesienia konkurencyjności rodzimego eksportu. Ta nieuczciwa zmiana reguł wolnego handlu prędzej czy później przynosi negatywne skutki dla wszystkich jej uczestników. Dzieje się tak, ponieważ pozostałe kraje odpowiadają osłabieniem własnej waluty i w ten sposób koło się zamyka.Powielanie fatalnych błędów
Jakie będą konsekwencje faktycznego dodruku euro, tego nie da się z całą pewnością przewidzieć. Jest dość prawdopodobne, że euro osłabi się względem dolara oraz jena. Świeża gotówka, która zasili banki, zapewne posłuży finansowaniu baniek na rynkach aktywów. Nikt nie wie, co zostanie inwestycyjnym hitem sezonu: nieruchomości w Londynie, greckie obligacje, a może srebro lub złoto? Wątpliwe jednak, aby fala taniego kredytu z EBC w jakikolwiek sposób pomogła gospodarce. Tej bowiem nie potrzeba dodatkowych długów, bo już nie radzi sobie z obecnymi. Nie potrzeba jeszcze wyższych cen, bo konsumenci nie akceptują obecnych. Nie potrzeba droższych surowców, bo te od dawna nie są już tanie. Nowa fala „płynności” z EBC przyczyni się jedynie do pompowania spekulacyjnych balonów i tylko zaostrzy kolejną fazę kryzysu nadmiernego zadłużenia. Oprócz tysięcy możliwych i nieprzewidywalnych negatywnych konsekwencji działania EBC niemal z pewnością przyczynią się do pogłębienia nierówności ekonomicznych. Bankierzy, inwestorzy i korporacje, które jako pierwsze otrzymają dostęp do nowych pieniędzy, staną się ich beneficjentami, kupując dobra po obecnych cenach. Wraz ze „skapywaniem” gotówki na niższe poziomy ich kolejni odbiorcy będą musieli płacić coraz więcej za nabywane dobra. Ten klasyczny podatek inflacyjny jak zwykle najmocniej obciąży najbiedniejszych, przyczyniając się do nieuzasadnionej ekonomicznie redystrybucji dochodów od biednych do bogatych. Krzysztof KolanyAnalityk Bankier.pl




























































