REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Czy warto inwestować w złoto i biżuterię?

2005-11-09 06:28
publikacja
2005-11-09 06:28
Dodaj Bankier.pl w Google
Złoto: W sztabach – jako bezpieczna inwestycja dla wielkich instytucji. W postaci misternej starej biżuterii – dla eleganckich kobiet, kolekcjonerów i tych, którzy lubią, gdy ich środki z roku na rok zyskują na wartości.

W dzisiejszych czasach niewielu indywidualnych inwestorów lokuje pieniądze w złoto. Chociaż, jak twierdzą eksperci, nadal jest to najbezpieczniejsza inwestycja na świecie – niezastąpiona w czasach kryzysu, zagrożenia wojną czy galopującej inflacji. Dlaczego więc złote sztabki spoczywają w tak nielicznych prywatnych sejfach? Według Richarda Mbewe, głównego ekonomisty Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej, sprawa jest oczywista:

– Dla dużych inwestorów kupowanie złota przestało mieć sens, ze względu na rozwój rynków finansowych i szybszy przepływ pieniądza. Na skutek globalizacji rynki światowe bardziej się otworzyły, możliwy jest zdecydowanie szybszy przepływ kapitału. Drugi powód to postęp technologiczny. Dzisiejsza komunikacja umożliwia wysyłanie pieniędzy w każdy zakątek świata w dosłownie kilka sekund. To zaś sprawia, że lepiej można zarobić na inwestycjach bardziej płynnych, zmieniając strategię inwestycyjną w jednej chwili. Oczywiście, osoba prywatna może posiadać kilka sztabek na czarną godzinę – bo to pewna lokata. Tyle że kupowanie i trzymanie dziś złota w sejfie jest po prostu nieopłacalne w porównaniu z bardziej płynnymi inwestycjami, jak choćby instrumentami futures na ropę naftową czy na... świńskie żołądki.

Ale są przecież sposoby na pogodzenie odwiecznych marzeń o większej płynności z inwestycją w złoto – choćby zakup jednostek funduszy hedgingowych inwestujących w surowce. Jednak nawet w takiej sytuacji posiadanie żółtego kruszcu będzie raczej wirtualne i – co nadzwyczaj prawdopodobne – jedynie krótkoterminowe.

Złoto trudno spieniężyć z dnia na dzień. W dodatku, jak twierdzi Richard Mbewe, praktycznie jedynym rynkiem zbytu na sztabki są skarbce banków centralnych. Bo to właśnie te instytucje lokują część kapitałów, obok euro i dolarów, w kruszec. W jakim celu? Dla bezpieczeństwa.

Banki centralne i międzynarodowe instytucje finansowe, jak Bank Światowy czy EBOiR, powinny mieć w swych zasobach coś trwałego, co nie straci na wartości niezależnie od zawirowań historycznych. Właśnie w sytuacjach kryzysowych złoto najbardziej zyskuje na wartości. Ale to kłopotliwe zabezpieczenie – bo trudne do upilnowania. Właśnie dlatego, jak twierdzą analitycy, Narodowy Bank Polski trzyma swoje sztabki nie w warszawskich skarbcach przy ulicy Świętokrzyskiej, ale w Wielkiej Brytanii. Amerykanie natomiast – w pilnie strzeżonej „złotej twierdzy”: Fort Knox.

Nic dziwnego, że sztabki są aż tak pilnowane – robi się je ze złota najwyższej próby – 0,9999. Tak czysta nie jest żadna, nawet najdroższa biżuteria. Choć to przecież ona, a nie sztaby w skarbcach wielkich instytucji, stanowi gros światowego złota. Szacuje się, że dotychczas wydobyto na Ziemi ok. 120 tys. ton tego kruszcu, przy czym mniej więcej 60 proc. znajduje się w rękach prywatnych, przede wszystkim w postaci wyrobów jubilerskich.

Czy biżuteria może być dobrą inwestycją? Nie każda. Pierścionki lub obrączki, jeśli kupiono je dosłownie wczoraj w sklepie jubilerskim, nie mają w zasadzie żadnej wartości dodanej. Gdyby więc sprzedać je natychmiast, można by zyskać najwyżej tyle, ile wart jest złoty złom. Z biżuterią jest bowiem trochę jak z dobrym winem – im jest starsza, tym cenniejsza.

– Z inwestycją w starą biżuterię jest bardzo podobnie jak z kupowaniem wszystkich innych dzieł sztuki czy antyków – podkreśla Juliusz Windorbski, prezes Desy Unicum. – Nabywanie rzeczy wyjątkowych, wysokiej jakości, jest zawsze dobrym pomysłem na inwestycję. Ich wartość będzie bowiem z czasem rosła. Tak jest i w przypadku sygnowanej, ręcznie robionej starej biżuterii.

Rynek na nią jest jednak ograniczony. Starej biżuterii jest w obiegu coraz mniej. Tym bardziej że, jak twierdzi Windorbski, raz kupione przez kolekcjonerów precjoza rzadko wracają z powrotem na rynek. Nabywcy wystarczy sama świadomość, że to, co ma, z roku na rok przybiera na wartości. Zyskuje i będzie zyskiwać, bo bez względu na pojawiające się sezonowe mody, zawsze najcenniejsza jest biżuteria najstarsza. Najstarsza, czyli w rynkowych realiach – z reguły XIX-wieczna.

Antykwariusze podkreślają, że natrafienie na pierścionek, kolczyki czy naszyjnik z XVIII w. to naprawdę rzadkość, a starsze rzeczy w obrocie praktycznie się nie pojawiają.

– Takie eksponaty sprzedają się natychmiast, bo kolekcjonerzy polują na unikaty bez względu na cenę – podkreśla Juliusz Windorbski.

Jak przy każdym rzemiośle artystycznym, również w przypadku złota pewną rolę odgrywa jubiler, który daną biżuterię sygnował. Wśród najbardziej poszukiwanych „marek” wymienia się XIX-wieczne produkty pracowni Faberge, a z bardziej współczesnych – wyroby Cartiera. I o nie zresztą najtrudniej, nie tylko w Polsce, ale i na świecie – tak sygnowane wyroby są po prostu niesłychaną rzadkością.

W naszym kraju najlepsze ceny, zdaniem Windorbskiego, osiągają wyroby rodem z carskiej Rosji (z XIX w.), Wiednia (XIX/XX w.) oraz utrzymane w stylistyce art deco. U antykwariuszy najchętniej kupowane są złote kolczyki. Rozpiętość cenowa? Gigantyczna – od 5 do 50 tys. złotych. Polscy kolekcjonerzy chętnie też kupują pierścionki – płacąc za nie przeważnie do 20 tysięcy złotych.

Jednoznacznych kryteriów dochodzenia do ceny w przypadku złotej biżuterii nie ma. Naturalnie, na początek idą parametry obiektywne – jubiler mierzy, waży i wycenia złoto oraz kamienie. Na to dopiero nakładana jest „czapka” estetyczna – subtelność wykonania, piękno wyrobu. Czyli bardziej to, co związane jest z gustem niż ze „szkiełkiem i okiem”. Znaczenie ma też stan danej broszy czy pierścionka. To właśnie tłumaczy duże różnice cenowe między precjozami pochodzącymi z tego samego okresu.

Czy zdarzają się typowe okazje? Według antykwariuszy, bardzo rzadko. O tym decyduje właściciel przedmiotu wstawianego w komis do antykwariatu. Jeżeli szybko potrzebuje pieniędzy – nie ma wątpliwości, że będzie musiał spuścić z ceny nawet 25 procent.

– Tak się dzieje zwłaszcza w przypadku wyrobów droższych – tłumaczy ten mechanizm Jan Koszutski z Desy. – Kiedy coś jest warte np. 80 tys. zł, wówczas często ustala się cenę na poziomie 60 – 65 tysięcy, by uzyskać większą szansę na sprzedaż.

I rzeczywiście, nabywca szybko się znajduje, bo w tym przypadku, jak twierdzi Jan Koszutski, decydują już przede wszystkim argumenty pozaestetyczne. Nie zawsze jednak „cena okazyjna” może oznaczać rzeczywistą okazję. Eksperci przestrzegają, że kupując starą biżuterię trzeba bardzo uważać. Żadnych przypadkowych miejsc. Najbezpieczniej jest w antykwariatach i domach aukcyjnych, które wystawiają własne certyfikaty.

– Nie wystarczy, że ktoś przyjdzie z gotową opinią, my musimy to sami zbadać – tłumaczy Windorbski. – Bierzemy odpowiedzialność za to, co przyjmujemy. Nieraz zdarzało się naszym kolegom z branży, że ktoś przynosił przedmiot, który oni przyjmowali, a potem (i podczas ekspertyzy), okazywało się, że to nie brylant, ale cyrkonia. Dlatego przyjmujemy obiekty jedynie w obecności eksperta, który je na miejscu bada, podpisuje się pod ekspertyzą i podaje proponowaną cenę sprzedaży.

Starego złota jest wprawdzie na rynku coraz mniej, nie oznacza to jednak, że niedługo całkiem zniknie z inwestycyjnego horyzontu. Z pewnością jednak będzie rosło w cenę. Według Juliusza Windorbskiego, mimo że kolekcjonerzy nie kupują biżuterii, by nią spekulować, części eksponatów będą się pozbywać.

– Gusta się zmieniają – tłumaczy. – W przypadku obrazów wielu klientów zaczyna od dekoracyjnego malarstwa, np. Kossaków, z czasem przechodząc na bardziej ambitne, a Kossaki sprzedają. Z biżuterią może być podobnie.

Dodatkowo, część kolekcjonerów przeorientowuje swoje zbiory tak, by gromadzić całe „garnitury”, czyli zestawy biżuterii. Pojedyncze okazy wracają więc do obiegu.

Jak twierdzą eksperci, większość złotych drobiazgów, kupowanych jako dobra lokata kapitału, wcale nie ląduje na stałe w sejfach czy bankowych skrytkach. Osoby, które na to stać, kupują biżuterię także po to, by się nią cieszyć. Wiadomo, że nie da się nosić wszystkiego naraz, a jednak każda kobieta wie, że przyjemnie mieć na sobie coś absolutnie wyjątkowego. Nawet gdy rzeczywistą wartość naszyjnika albo bransolety zna tylko ona sama.

Aleksandra Gieros

Złoto kiedyś...

Za faraonów – symbol boskiej władzy, przez tysiąclecia – wyznacznik bogactwa i potęgi. Złote półimperiały (czyli pięciorublówki), imperiały czy dwudziestodolarówki były w czasach socjalizmu jedynymi monetami posiadającymi realną wartość. Dziś, jak ćwierć wieku temu, można za nie kupić np. nowy samochód, ale w tym celu trzeba ich spieniężyć nie kilka, jak wtedy, ale co najmniej kilkadziesiąt.
Źródło:
Tematy

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Złoto

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki