Środowa radość z odroczenia części amerykańskich ceł nie trwała długo. W czwartek na Wall Street znów zagościły spadki. Okazało się, że prezydent Trump jednak nie zamierza słuchać głosu rynku.


Trwa celny rollercoaster. Jednego dnia administracja USA twierdzi, że cła może będą, a może nie. Następnego wprowadza je w życie, by dzień później odroczyć je o miesiąc w przypadku branży motoryzacyjnej. A kolejnego dnia dowiadujemy się, że od 2 kwietnia 25-procentowe cła na import towarów z Meksyku wejdą w życie w całej rozciągłości. Zaś premier Kanady powiedział, że „wojna handlowa będzie trwać”. A w piątek równie dobrze możemy usłyszeć coś zupełnie innego.
Ale rynki finansowe reagują w takt tych celnych zwrotów akcji. Czwartek był tym „czerwonym” dniem po jednodniowym odreagowaniu w środę. S&P500 zaliczył spadek o 1,78% i kończąc dzień na poziomie 5 738,51 punktów znalazł się najniżej od pierwszych dni listopada, wymazując w ten sposób całą „trumpowską” euforię z zeszłorocznej jesieni.
Ale znów najmocniej oberwało się Nasdaqowi, który poszedł w dół aż o 2,61% i finiszował z wynikiem 18 069,26 pkt., co jest najniższym kursem zamknięcia od października. Bo choć czerwień spadków zalała prawie cały rynek, to jednak najmocniej zniżkowały notowania bigtechów. Akcje Nvidii poszły w dół o 5,7%, Tesli o 5,6%, Broadcomu o 6,3%, Amazona o 3,7%, a Netfliska o przeszło 8,5%.
Analitycy mówili o silnym pogorszeniu sentymentu do spółek sektora AI po tym, jak kurs jednej z jej gwiazd – czyli Marvell Technology – spadł o blisko 20% po publikacji wyników kwartalnych. Spółka będąca dostawcą dla Amazona ledwo przekroczyła rynkowy konsensus oraz rozczarowała prognozami.

Mocno przeceniane był też walory największych banków. Kurs Goldman Sachs spadł o ponad 4%, a wyceny JP Morgan Chase, Bank of America czy Wells Fargo poszły w dół po ok. 2%. Najmniej poszkodowanym z głównych amerykańskich indeksów okazała się średnia przemysłowa Dow Jonesa, która po utracie niespełna 1% wylądowała na poziomie 42 579,08 pkt. Indeks mniejszych spółek Russell poszedł w dół o 1,6%, osiągając najniższą wartość od września.
- Niepewność kreowana przez gwałtowne zmiany oświadczeń politycznych mogą pogorszyć sentyment i zranić gospodarkę. Drugą kwestią, która niepokoi inwestorów to wielkość tych ceł. To jest o wiele więcej, niż doświadczyliśmy w roku 2018 i może to podnieść inflację – ocenił Bill Sterling, strateg z GW&K Investment Management cytowany przez agencję Reuters.
Na froncie makroekonomicznym warto było zwrócić na astronomiczny i nominalnie absolutnie rekordowy deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych, który tylko w styczniu wyniósł 131,4 mld dolarów. To aż o jedną trzecią więcej niż w grudniu 2024, kiedy to padł poprzedni rekord. Można zatem wnioskować, że amerykański biznes zawczasu postanowił zapełnić magazyny, wyprzedzając oczekiwane cła prezydenta Trumpa. Wartość importu była bowiem o 10% wyższa niż w grudniu.
Mieszane dane napłynęły z rynku pracy. Raport Challengera za luty okazał aż 172 tys. planowanych zwolnień wobec niespełna 50 tys. w styczniu. To najwyższy odczyt od lipca 2020 roku, gdy ludzie masowo tracili pracę z powodu sanitarnych lockdownów. Autorzy raportu jako „winowajcę” wprost wskazali działalność Departamentu ds. wydajności rządu (DOGE), który masowo wysyła na rynek pracy urzędników federalnych. Ale tych nadchodzących zwolnień jak dotąd nie widać w cotygodniowych danych o zasiłkach dla bezrobotnych, których liczba w poprzednim tygodniu zmalała z 242 tys. do zaledwie 221 tysięcy.
Redukcja etatów w Waszyngtonie, niepewność związana z wojnami celnymi i wzrostem inflacji już od kilku tygodni ciążą na nastrojach w biznesie oraz na zaufaniu konsumentów. Pojawiły się zatem obawy, że w I kwartale możemy zobaczyć spadek PKB w Stanach Zjednoczonych. Na taki scenariusz wskazuje model Fedu z Atlanty, który na podstawie dotychczas opublikowanych danych szacuje annualizowaną dynamikę amerykańskiego PKB w I kwartale na -2,4%.
KK




























































