Teraz jednak inwestorzy opuszczają Weill’a. Ten nie lubiący ryzyka i unikający niespodzianek 70-letni menedżer, od kilku miesięcy popełnia błąd za błędem. Zastępy stanowych i federalnych śledczych powracają do pytania o współudział Citigroup w wielkich gospodarczych aferach ostatnich miesięcy: upadku Enronu i wielkiego „topnienia” telekomów. W Ameryce Południowej Weill próbuje zatamować straty na kredytach (osiągnęły one zawrotną kwotę 1 mld USD) wycofując filię grupy z podupadającej gospodarczo Brazylii. Nawet podstawowa działalność – udzielanie kredytów konsumpcyjnych – generująca do tej pory połowę przychodów banku, ucierpiała z powodu wzrastających opłat za transakcje kartowe.
Inwestorzy obawiają się, że te symptomy są objawem poważnej choroby banku. Boją się, że Weill, przez swoją żelazną konsekwencję w dokonywaniu sprytnych przejęć i osiąganiu dwucyfrowego wzrostu zysku, stworzył twór tak olbrzymi i skomplikowany, że nie można nim sprawnie zarządzać.
Najbardziej palące problemy to skandale, które przetaczają się obecnie przez Wall Street.
Rewelacje dotyczą należącego do Citi banku inwestycyjnego Salomon Smith Barney (SSB), który dawał prezesom telekomów preferencyjny udział w atrakcyjnych IPO. Sprawa stała się poważna, gdy Eliot Spitzer, prokurator generalny Nowego Yorku, który otworzył przewlekłe dochodzenie w sprawie SSB, włączył w nie samego szefa Citi. Spitzer próbuje dociec, czy Weill wywierał naciski na czołowego analityka SSB Jacka Grubmana, by podniósł on swoją rekomendację dla AT&T z „neutralnie” do „kupuj”. Zabieg ten rzekomo miał pomóc SSB podpisać lukratywny kontrakt z telekomunikacyjnym gigantem w 2000 roku. Rzecznik Citi zaprzeczył jednak takim pogłoskom, nazywając je oszczerstwami.
Do prokuratora Spitzera przyłączają się jednak inni – kongresmeni i regulatorzy rynku finansowego. Próbują dociec czy SSB w swoich poczynaniach naruszał prawo i regulacje, mające na celu ochronę uczciwej konkurencji na Wall Street i interesów inwestorów. Pod adresem firmy ani jej pracowników nie padło żadne oskarżenie. Jednak pojawiło się wiele pogłosek na temat nieetycznego działania SSB.
Obciążają one w największym stopniu analityka Jacka Grubmana. Nie ma wątpliwości, że dawał on inwestorom złe rady, podtrzymując rekomendacje „kupuj” dla WorldCom, Global Crossing i innych tonących telekomów, aż do ich smutnego końca.
Kolejnych kłopotów przysporzył Enron. Jak większość prezesów Weill – przemawiając po upadku giganta do pracowników – deklarował, że trzeba znów przywrócić wiarę w uczciwość biznesu. Tymczasem zaraz po aferze Enronu członkowie Stałej Komisji Dochodzeniowej (Permanent Subcommittee on Investigations) oskarżyli zarówno Citi, jak i Morgan Chase o pomaganie Enronowi w maskowaniu złej kondycji finansowej.
W ostatnich kilku tygodniach Weill zapowiadał, że podejmie odpowiednie kroki, by uzdrowić zarządzanie w Grupie. Ma zamiar stworzyć w tym celu komitet niezależnych dyrektorów, który opracuje plan dalszego działania. Zaostrzył też zakazy wynikające z istniejących wewnątrz firmy konfliktów interesów. Tajemnicą poliszynela jest, że tzw. chińskie mury, mające izolować w instytucjach finansowych bankierów od analityków, są dawno przebrzmiałym mitem.
Nie ma analityków, którzy nie byliby powiązani z jakimś oddziałem bankowości inwestycyjnej, który dba bardziej o dobre samopoczucie potencjalnego klienta niż o obiektywizm rankingów tworzonych przez analityków – uważa profesor John C. Coffee Jr., zajmujący się na Columbia University prawem rynku kapitałowego.
Po aferze z Enronem Weill zapowiedział, że bankierzy inwestycyjni Grupy nie będą mieli wglądu w tworzone przez analityków raporty. Nie będą mieć też wpływu na wysokość ich zarobków. Analitycy muszą również opatrywać swoje rekomendacje deklaracją, że odzwierciedlają one ich własny punkt widzenia i nie ma na nie wpływu żadna zachęta finansowa.
Inwestorów nie przekonuje zapowiedź reform. Woleliby raczej zobaczyć przygotowany w dobrej wierze plan sukcesji po Weill’u. Jednak na razie nie myśli on o następcy. Jego łączne zarobki w latach 90. sięgnęły zawrotnej kwoty 1 mld USD, plasując go wysoko w rankingu najlepiej zarabiających menedżerów w świecie. Dobrze powiodło mu się w 2001 roku, gdy zarobił 28,2 mln USD, z czego 18 mln USD w gotówce. Ostatnie spadki kursu akcji banku z 48,5 USD w styczniu br. do obecnych 34 USD pozbawiły go jednak aż 470 mln USD (jest posiadaczem aż 32,6 mln walorów Citigroup). Nikt nie ma więc tak dużej, jak Weill, motywacji, by naprawić powstałe szkody. Pozostaje tylko pytanie, czy ma to zrobić człowiek, który stworzył tego olbrzyma.
Anthony Bianco, Heather Timmons
Artykuł pochodzi z Business Week


























































