Praktyka reklamowania kredytów nie zmienia się od dawna – wzrok przyciągać ma okazyjne oprocentowanie nominalne, najlepiej jednocyfrowe. Najważniejsza część ogłoszenia znajduje się jednak na samym dole, gdzie miniaturową czcionką podaje się RRSO, czyli rzeczywistą roczną stopę oprocentowania. Wartości tej towarzyszą informacje o założeniach, dla których obliczono koszt pożyczanego pieniądza. Teoretycznie powinny nam one pomóc w porównaniu ofert różnych kredytodawców. W praktyce w każdym banku reklamowany przykład będzie inny.
Reprezentatywny przykład prowadzi na manowce
Ustawa o kredycie konsumenckim wymaga, aby w materiałach
informacyjnych podawać wszystkie koszty pożyczanego pieniądza obliczone na tzw.
reprezentatywnym przykładzie. Założenia przyjmowane do obliczeń nie mogą brać
się z sufitu. Ustawodawca wskazuje, że powinny mieć swoje korzenie w bankowej
praktyce i odpowiadać warunkom, na jakich bank udziela pożyczek w 2/3
zawieranych umów.
Spójrzmy na dwa przykłady mocno reklamowanych pożyczek. W pierwszym banku przykładowa kwota wynosi 25 747,50 zł, a w drugim - 16 276,25 zł. Banki wzięły sobie do serca ustawowy wymóg i miejsce ilustracji zajęła statystyka. Utrudnia to porównanie nawet bardzo zbliżonych do siebie produktów. Widocznie w pierwszym banku klienci pożyczają więcej, stąd spora różnica.
ReklamaZobacz także
Nie tylko kwoty przykładowych kredytów są mocno zróżnicowane. Dodatkowe warunki, od których zależy oprocentowania także zmieniają się bardzo znacząco w zależności od kredytodawcy. W pierwszym banku kredyt zaciągany jest na 5 lat, z ubezpieczeniem, a klient posiada u pożyczkodawcy ROR i to wcale w nie najtańszej opcji. W drugim banku termin spłaty jest 44-miesięczny, a kredytobiorca nie korzysta z rachunku, chociaż opłaca ubezpieczenie.

Szczegółów dowiesz się w banku
Przed zeszłoroczną nowelizacją ustawy o kredycie konsumenckim banki „tuningowały” przykłady podawane w reklamach. Z reguły obliczały je dla najbardziej korzystnej kombinacji warunków zakładając, że klient jest wiernym, długoletnim użytkownikiem innych produktów. Wymóg reprezentatywnego przykładu miał to zmienić i ułatwić klientom zorientowanie się, na jakich rzeczywiście warunkach bank udziela pożyczki. Niestety w praktyce spowodowało to jeszcze większe zamieszanie.
Nie oznacza to na szczęście, że reprezentatywny przykład jest zupełnie nieprzydatny. Można z niego wywnioskować, czego możemy się spodziewać po kredytodawcy. Jeśli w reklamie widzimy eksponowane wielką czcionką oprocentowanie 5,5%, a w podanym drobnym drukiem przykładzie oprocentowanie nominalne wynosi 15%, to jest to czytelny sygnał, że reklamowane warunki są dostępne dla nielicznych. Jeśli natomiast bank reklamuje pożyczki „bez dodatkowych kosztów”, a w przykładzie pojawiają się składki ubezpieczeniowe, to można podejrzewać, że aby otrzymać kredyt, trzeba będzie dodatkowo zapłacić.
| »Kredyt we franku za rok mocno zdrożeje |
Billboardy i telewizyjne reklamy mają tylko zwrócić naszą
uwagę. Nawet najbardziej szczegółowy opis kosztów kredytu nie zastąpi symulacji
przygotowanej specjalnie dla konkretnego klienta. Dlatego reprezentatywny
przykład należy traktować raczej jako test uczciwości – im większa rozbieżność
pomiędzy warunkami podawanymi w reklamie, a informacjami serwowanymi drobnym
druczkiem, tym większa szansa, że kredytodawca próbując przedstawić się w
dobrym świetle rozmija się z rzeczywistością
m.kisiel@bankier.pl
































































