Biała księga, jak sama nazwa wskazuje, to tylko białe strony sektora SKOK. Warto jednak wspomnieć, że pod białym kryje się ich ciemna strona. System spółdzielczych kas oszczędnościowych w Polsce stał się niebezpieczny dla systemu finansowego państwa, ponieważ w ślad za przywilejem w udzielaniu kredytów i przyjmowaniu depozytów na wzór banków, nie wprowadzono również restrykcyjnych wymogów kapitałowych i zasad zarządzania ryzykiem kredytowym.


Polskie SKOK-i powtórzyły historię amerykańskich kas kredytowych z lat 80-tych ubiegłego wieku, gdy kasy te masowo upadały w efekcie nadmiernie swobodnej polityki kredytowej. W Polsce od 2012 r. trwa proces weryfikacji kondycji finansowej tych podmiotów, i w sensie praktycznym większość SKOK-ów jest niewypłacalna, stąd działania ratunkowe. Z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego - z środków wpłaconych przez banki - wypłacono już ponad 3 mld zł. SKOK-i do funduszu dołożyły na razie kilka milionów złotych. Można zakładać, że na pomoc w przejmowaniu przez banki upadających kas wydano dodatkowe setki milionów złotych.
Gdyby upadające SKOK-i miały być ratowane wyłącznie z środków finansowych kas, oznaczałoby to kilkudziesięciokrotny wzrost obciążeń kas i ich natychmiastowy spektakularny upadek. W tej chwili w większości mają ujemne fundusze własne. Sektor spółdzielczych kas kredytowych, który przez wiele lat pozostawał poza nadzorem państwa wymaga dziś drastycznych przekształceń. Część kas, które pokrywają swoje koszty operacyjne, co w większości kas nie jest takie oczywiste, należałoby dać możliwość przekształcenia ich w banki spółdzielcze, natomiast pozostałe zlikwidować. Alternatywą jest bezpośrednie dofinansowanie kas z budżetu państwa i utrzymanie status quo w postaci niekończących się strat.
Tekst jest komentarzem do artykułu "SKOK-i nie są tykającą bombą"






























































