Rynki finansowe zalała fala spekulacji na temat restrukturyzacji greckiego długu. Choć Ateny zaprzeczają, to ogłoszenie formalnego bankructwa pierwszego kraju strefy euro może nastąpić jeszcze w tym tygodniu.
„Restrukturyzacja nie jest kwestią, o której dyskutujemy. Ból i koszty z tym związane byłyby wyższe niż koszt spłaty wierzycieli” – powiedział w piątek w Waszyngtonie grecki minister finansów George Papaconstantinou. Terminem „restrukturyzacja” finansiści określają sytuację, gdy dłużnik odmawia oddania pożyczonych pieniędzy i rozpoczyna na ten temat rozmowy z wierzycielami. Restrukturyzacja oznacza z grubsza tyle samo co bankructwo.
O ile greccy politycy intensywnie zaprzeczają tym spekulacjom, to uczestnicy rynku traktują je bardzo poważnie. W poniedziałek notowania kontraktów CDS ubezpieczających przed bankructwem Grecji osiągnęły rekordowo wysoką cenę 1.1211punktów bazowych. Oznacza to, że inwestorzy wycenili prawdopodobieństwo bankructwa Aten na 64,5% (w okresie najbliższych pięciu lat)
Podobnie myślą inwestorzy z rynku długu, gdzie rentowność (czyli roczny koszt pożyczenia pieniędzy) greckich obligacji 10-letnich wzrósł do 13,83%. To o 10 punktów procentowych więcej niż za obsługę swojego długu płacą Niemcy – czyli najsolidniejszy dłużnik w strefie euro. Przy takich stawkach Ateny nie są w stanie pożyczać pieniędzy na rynku (emitują tylko bony skarbowe) i od blisko roku funkcjonują tylko dzięki awaryjnej pożyczce z MFW i państw strefy euro.
O losach Aten zadecydują Niemcy
Ponieważ grecki rząd utrzymuje się dzięki pieniądzom MFW i europejskich podatników, to o jego polityce fiskalnej tak naprawdę decydują teraz urzędnicy w Berlinie, Brukseli i Waszyngtonie. Szef Funduszu Francuz Dominique Strauss-Kahn oraz francuska minister finansów Christine Lagarde wciąż upierają się, że Grecy spłacą swoje długi. Wiarę w ten scenariusz stracili za to politycy niemieccy – w zeszłym tygodniu minister finansów RFN Wolfgang Schaeuble wprost sugerował możliwość rozpoczęcia rozmów o restrukturyzacji greckiego zadłużenia.
Największymi wierzycielami greckiego rządu pozostają francuskie i niemieckie banki. Według ostatnich danych Banku Rozrachunków Międzynarodowych Ateny są winne europejskim bankom 160 miliardów dolarów. Całkowity dług publiczny Grecji sięga 140% produktu krajowego brutto, a zeszłoroczny deficyt budżetowy pomimo cięć wydatków i podwyżek podatków wyniósł blisko 10% wobec 15,5% rok wcześniej. Dla inwestorów jasne jest, że pogrążona w recesji Grecja nie będzie w stanie spłacić tych długów i że nie odda także tych 110 mld euro pożyczonych w maju 2010 roku od obywateli UE i MFW.
W tej sytuacji istnieją tylko dwa rozwiązania „greckiego problemu”. Pierwszy zakłada, że niemieccy i francuscy podatnicy będą utrzymywać Greków przynajmniej przez następne dwie dekady. Ze względów politycznych (u naszych zachodnich sąsiadów zbliżają się wybory) wydaje się to mało prawdopodobne. Drugim rozwiązaniem jest częściowe umorzenie długu Aten, obniżenie odsetek i rozłożenie jego spłat na dłuższy okres. W tym przypadku największe koszty poniosą europejskie banki, które będą musiały wpisać w straty ok. 30-50 miliardów euro. Jest to jednak cena, jaką system jest w stanie zapłacić. Jednakże wpłynie to negatywnie na wyniki finansowe sektora finansowego i odbije się na notowaniach akcji europejskich banków.


























































