Gdy Europejczycy kończyli handel, wydawało się, że amerykańskie giełdy są skazane na spadki. Rozczarowały niemal wszystkie publikacje makroekonomiczne. Indeks mierzący koniunkturę w regionie Filadelfii w maju zanurkował z 18,5 pkt. do zaledwie 3,9 pkt. (wyniki dodatnie wciąż oznaczają poprawę), choć analitycy oczekiwali wzrostu do 20 pkt. Kwietniowy indeks wskaźników wyprzedzających koniunkturę odnotował nieoczekiwany i pierwszy od czerwca 2010 roku spadek.
Kiepsko zaprezentowały się też dane z rynku nieruchomości. Sprzedaż domów na rynku wtórnym spadła do 5,05 mln i była o 12,9% niższa niż przed rokiem, gdy do kupowania domów zachęcały ulgi podatkowe. Aż o 10% wzrosła liczba niesprzedanych nieruchomości, a ceny transakcyjne były o 5% niższe niż rok temu. Jedyną publikacją lepszą od konsensusu była liczba noworejestrowanych bezrobotnych, która spadła z 438 tys. do 409 tys. przy medianie prognoz rzędu 420 tys.
Jeśli spojrzeć tylko na dane makro, to przecena akcji wydawała się niemal pewna. Ale amerykańscy inwestorzy znów zasugerowali się sygnałami płynącymi od władz monetarnych. Członek FOMC William Dudley powiedział, że ożywienie gospodarcze jest zbyt słabe, bezrobocie zbyt wysokie, a inflacja bazowa zbyt niska. To bezpośrednia sugestia, że jesienią Fed może zaaplikować QE3, co właściwie gwarantowałoby kontynuację inflacyjnej hossy na rynku aktywów.
W ten sposób na Wall Street mogła zadziałać zasada znana z przełomu lat 2007/08, mówiąca, że „im gorzej, tym lepiej”. Czyli że coraz gorsze dane z gospodarki USA są pozytywne dla rynku akcji, bo zwiększają szanse na „wsparcie” z Rezerwy Federalnej. To dziś wystarczyło, aby zatrzymać przecenę akcji i do końca sesji utrzymać niewielkie wzrosty głównych amerykańskich indeksów.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl




























































