
Wywiad z Adamem Szejnfeldem, posłem PO odpowiedzialnym za sprawy gospodarcze.
Czy Platforma Obywatelska nadal uważa, że prywatyzacja PGNiG zagrażała bezpieczeństwu energetycznemu Polski?- Nie znam takiego poglądu…
Były takie wypowiedzi ze strony PO. Pojawiło się nawet słowo renacjonalizacja...
- Podtrzymuję, że nie znam takiego poglądu, ale rozumiem, że chodzi o sytuację sprzed dwóch lat, tuż przed wyborami?
Dokładnie tak
- W takim razie proszę wziąć poprawkę na sytuację, która miała wtedy miejsce. To była inicjatywa prywatyzacyjna dotycząca jednej z największych firm branży paliwowej, a także absolutnego monopolisty na rynku gazu w Polsce. Prywatyzacja była robiona w błyskawicznym tempie, w dodatku tuż przed wyborami, po których wiadomo było jedno - ci, którzy podjęli prywatyzację na pewno nie wygrają wyborów.
To rodziło bardzo wiele podejrzeń, także o rozgrywanie jakiś bliżej nieznanych interesów. Działo się to bowiem w sytuacji, gdy Polską rządził mniejszościowy rząd, w którego skład wchodzili ludzie z ugrupowań pozaparlamentarnych.
To była sytuacja niespotykana na świecie - nawet premier reprezentował opozycję pozaparlamentarną… I w tej sytuacji, przedstawiciele tak słabo umocowanego w parlamencie rządu, zabrali się do bardzo szybkiej ścieżki prywatyzacyjnej tak wyjątkowo dużej i ważnej dla bezpieczeństwa kraju firmy jak PGNiG.
Przygotowania tej prywatyzacji wcale nie trwały krócej niż przy innych dużych spółkach SP…
- Ta ścieżka była bardzo szybka nie w sensie długości trwania, ale momentu jej zakończenia, które nastąpiło tuż przed wyborami i zakończeniem kadencji tamtego rządu. Stąd niepokój ówczesnej opozycji, niepewność i wiele podejrzeń.
Tak należy patrzeć na ówczesne wypowiedzi części polityków - wielu nie wiedziało do końca, co tak naprawdę się dzieje, wiadomo natomiast było, że nie był to dobry czas - czas polityczny - na tego typu prywatyzację.
Ale moim zdaniem ze strony PO nie było wypowiedzi, które stanowczo przeciwstawiałby się samej idei prywatyzacji. Chodziło szczególne o czas i okoliczności tamtej transakcji.
Nacjonalizacja natomiast jest dla ludzi naszych poglądów abstrakcją, która w polskiej rzeczywistości nie mogłaby zaistnieć.
Czyli akcjonariusze PGNiG mogą spać spokojnie, bo jeśli Platforma przejmie władzę - na co wskazują niezmiennie sondaże - nie będzie chciała renacjonalizować tej spółki?
- Myślę, że już od dwóch lat mogą spać spokojnie. Jak mogliby się obawiać Platformy, skoro nawet PiS, który wielokrotnie zapowiadał renacjonalizację tej firmy, a raczej unieważnienie podpisanych umów, po objęciu władzy jakoś zamilkł.
Minister Jasiński ani słowem nie wrócił do swoich wcześniejszych zapowiedzi. Jedyne co realizują, to blokada sprzedaży następnych akcji, aby nie dać pracownikom PGNiG obiecanych pakietów, ale to zupełnie inna historia.
Pogląd Platformy Obywatelskiej w sprawie prywatyzacji, ale także reprywatyzacji, jest powszechnie znany. Jesteśmy za wzmocnieniem własności prywatnej w Polsce, a także za wznowieniem tempa procesu prywatyzacji polskich przedsiębiorstw.
To, nad czym państwo powinno mieć pełną kontrolę (ale i to nie znaczy, że koniecznie poprzez władztwo własnościowe) można i trzeba łatwo zdefiniować oraz raz na zawsze uznać za strategicznie. Są to drogi, linie kolejowe, może niektóre lotniska i porty, elektroenergetyczne sieci przesyłowe, a także ropociągi i gazociągi, czyli wszystko to, co należy do operatorów systemów przesyłu. Jednym słowem - infrastruktura przesyłowa i komunikacyjna.
Mówi pan, że prywatyzacja PGNiG była robiona tuż przed wyborami. A przecież kalendarz prywatyzacji PGNiG wynikał z tego, że rynek miał być zliberalizowany od 2007 roku. Wiadomo było, że po wyborach będzie trudno przeprowadzić prywatyzację na tyle szybko, żeby firma miała czas przygotować się na uwolnienie rynku. Więc nie do końca powodem pośpiesznej prywatyzacja były zbliżające się wybory…
- Pierwsze słyszę, że warunkiem uwolnienia energii jest własność prywatna przedsiębiorstw (choć oczywiście jestem bezwzględnym wyznawcą takiej własności w gospodarce) i że bez prywatyzacji PGNiG, nie można byłoby uwalniać rynku gazu.
Chodzi mi o to, że liberalizacja rynku energii w Polsce dotyczy, owszem, wszystkich podsektorów, ale przede wszystkim elektroenergetyki. Oczywiście uwolnienie rynku paliw jest dla nas nie tylko celem, ale także obowiązkiem, ale utrzymanie bezpieczeństwa energetycznego utrudnia nam pełne zliberalizowanie rynku gazu i ropy.
Za to w elektroenergetyce już za trzy miesiące powinien wejść wolny rynek. Warto by było przy tej okazji zapytać rząd, co przez ostatnie dwa lata w tej sprawie zrobił, oprócz deklaracji tworzenia ogromnych państwowych molochów energetycznych.
Nie ma odpowiedzi na pytanie, jaki skutek dla wolnego rynku energii, tak po stronie przedsiębiorstw, jak i konsumenta indywidualnego, będą miały rządowe zamierzenia. Nie ma też odpowiedzi na pytanie, co z inwestycjami? W elektroenergetyce mamy potrzeby inwestycyjne na najbliższe 20-30 lat sięgające 40 mld euro. To gigantyczne pieniądze. W normalnych warunkach powinien dać je rynek, a nie państwo.
Jednak, jeżeli państwo zachowa swoją własność w sektorze, to przecież jako właściciel będzie musiało przynajmniej część tych kwot wyłożyć. Tylko skąd je wziąć? A w kolejce po kapitał na inwestycje stoi też węgiel, gaz, ropa, koleje…
Jeżeli rząd będzie chciał pozyskiwać ropę ze złóż norweskich, potrzebne będą następne inwestycje warte miliardy. Jeżeli będą realizowane plany dostępu do złóż ropy i gazu poza Polską i poza Rosją, a moim zdaniem muszą być realizowane, wtedy będzie trzeba wchodzić z kapitałem do spółek wydobywczych, potrzebne będą dalsze pieniądze na organizację przesyłu wydobytych surowców do kraju...
Jeżeli przyjrzymy się poziomowi dekapitalizacji na przykład tylko w sektorze elektroenergetycznym, a dokładnie w wytwórczości, gdy spojrzymy na bloki energetyczne, to okazuje się, że w Polsce najmłodsze bloki mają ok. 25 lat, czyli wymagają przynajmniej modernizacji, aby przystosować je do wymogów prawa Unii Europejskiej dotyczących ochrony środowiska.
Większość bloków energetycznych ma 30 i 40 lat, czyli nawet nie powinny być poddawane modernizacji a zostać wyłączone. Potrzebujemy nowych instalacji, czego się prawie w ogóle nie robi, bo co to są trzy inwestycje w może wytwórcze w całym kraju. Na to wszystko są potrzebne grube miliardy zł.
Żaden z programów rządu nie odpowiada na te problemy. Dlaczego o tym mówię odpowiadając na pytania o prywatyzację? Dlatego, że procesy prywatyzacyjne dostarczają kapitału na rozwój i inwestycje. Bez prywatyzacji będziemy mieli duże problemy.
Postawmy kropkę nad "i". Czy to, że gosporadczo-liberalna PO mówiła o renacjonalizacji, było przedwyborczym błędem w sztuce?
- Nie było błędu, bo nie było takiego oficjalnego stanowiska PO. Wiem o tym, byłem wtedy i jestem obecnie w PO współodpowiedzialny za sprawy gospodarcze.
Natomiast jednostkowych wypowiedzi posłów nie można uznać za stanowisko całej partii i jej gremiów kierowniczych. Nikt nie powinien się obawiać, że jakiś skrajny pogląd może stać się powszechnym. I nikt się nie obawia.
Ja nie zauważyłem w czasie kampanii, a mam kontakty ze środowiskami biznesowymi, jakiejś paniki czy popłochu w związku z takimi czy innymi wypowiedziami polityków z różnych partii. Ci ludzie bowiem nie spadli do Polski z Księżyca.
Na całym świecie w każdej demokracji przed wyborami temperatura wypowiedzi rośnie. Demokracja ma kilkaset lat i stworzyła określone zasady. Jedną z nich jest to, że w czasie kampanii wyborczej ujawniają się skrajne postawy, które niekoniecznie mają związek z rzeczywistością powyborczych decyzji ludzi środka.
Rozmawiali:
Alina Białkowska
Łukasz Stępniak
wnp.pl (Alina Białkowska, Łukasz Stępniak)































































