Potrzeby energetyki węglowej spadają, wyraźnie to widać z informacji, które każdego dnia podają Polskie Sieci Elektroenergetyczne. Są dni, kiedy 40 czy 50 proc. potrzebnej energii produkują elektrownie słoneczne i wiatrowe, a to oznacza, że zużywamy coraz mniej węgla i odchodzimy od tego surowca – mówi w rozmowie z Bankier.pl Janusz Steinhoff, wicepremier i minister gospodarki w rządzie Jerzego Buzka.


Michał Niewiadomski: Za nami 100 dni rządów Donalda Tuska. Jakie pozytywy widzi Pan w obszarze elektroenergetyki i surowców?
Janusz Steinhoff: Rząd przejął tę część gospodarki w fatalnym stanie. Repolonizacja, atrofia konkurencji, archaiczny mix energetyczny oraz w znaczącym stopniu nieuwzględniająca kryteriów merytorycznych i etycznych, oparta na rekomendacjach partyjnych polityka kadrowa to smutny obraz, z którym trzeba było się zmierzyć w okresie.
Dotychczasowa wymiana kadr w spółkach Skarbu Państwa pozbawiona ułomności poprzedniego okresu oparta nadmiernie na kryteriach prawno-naukowych w niewystarczającym zakresie wykorzystuje wybitne kwalifikacje i doświadczenie w kierowaniu podmiotami z branży. Przykład? Nie potrafię znaleźć uzasadnienia nieskorzystania z doświadczeń takich branżowych specjalistów o niekwestionowanym autorytecie jak Paweł Olechnowicz, Konrad Jaskóła (paliwa płynne), prof. Andrzej Karbownik (węgiel) czy prof. Herbert Wirth (przemysł miedziowy). Podobnie lista wybitnych specjalistów w zakresie elektroenergetyki, z których doświadczenia nie skorzystano, również jest bardzo długa.
Trudno natomiast, zapoznając się z informacjami płynącymi z Ministerstwa Aktywów Państwowych, nie odnieść czasem wrażenia, iż w nadzorze spółek znalazły się osoby, których kontakt z branżą dopiero się rozpoczyna. Utrudnieniem stymulowania i nadzorowania procesu transformacji energetycznej jest niewątpliwie bałagan kompetencyjny w Radzie Ministrów odziedziczony po poprzednikach. Pochodzącą bowiem z czasów Włodzimierza Cimoszewicza ustawę o działach administracji rządowej przez z górą ćwierć wieku psuto, dostosowując ją w kolejnych rządach do politycznych potrzeb kadrowych, niespecjalnie uwzględniających sprawne funkcjonowanie państwa.

Podstawową zaletą wspomnianej ustawy w odniesieniu do gospodarki było oddzielenie funkcji regulacyjnych państwa od jego funkcji właścicielskich. Szczególne szkody w efekcie nieprzestrzegania tej zasady widoczne były w ostatnich latach. Regulacyjne funkcje państwa w sektorze energetycznym zastąpiono prymitywną polityką właścicielską, a funkcjonowanie konkurencyjnych rynków budową państwowych molochów o zbliżonej do monopolistycznej pozycji na rynku. I z tymi problemami musi zmierzyć się rząd Donalda Tuska, ale aby to zrobić, trzeba uporządkować strukturę Rady Ministrów.
Czy jest sens powoływać teraz Ministerstwo Przemysłu, skoro trzeba na nowo stworzyć dział pod tytułem przemysł, a na uwadze trzeba mieć też trudną kohabitację premiera i prezydenta? Pytam o ten resort, bo sektory, którymi ma się zająć, są trudne i bardzo wymagające. Z jednej strony górnictwo, a z drugiej energetyka jądrowa.
Ministerstwo Przemysłu powołane w drodze rozporządzenia poprzez przekształcenie Ministerstwa Aktywów Państwowych oraz wyłączenia z MAP-u działu gospodarka złożami kopalin i przypisaniu temu resortowi nadzoru nad Wyższym Urzędem Górniczym z punktu widzenia racjonalności struktury Rady Ministrów jest dysfunkcjonalne. Tę dysfunkcjonalność zwiększa lokalizacja poza Warszawą, generująca dodatkowe koszty działania administracji państwowej.
Reasumując, przesłanki tworzenia Ministerstwa Przemysłu i jego lokalizację oceniam jako zabieg oparty na przesłankach socjotechnicznych, a nie merytorycznych.
Wróćmy jeszcze do Ministerstwa Przemysłu. Skoro nie ma działu przemysł i trzeba go stworzyć, jak już mówiliśmy - politycznie będzie to trudne, to może warto wrócić do koncepcji Ministerstwa Energii?
Zdecydowanie była to lepsza koncepcja, biorąc pod uwagę problemy związane z transformacją energetyczną, a przecież to jest jedno z największych wyzwań stojących przed naszą gospodarką. Stan przekształceń i przeobrażeń polskiej energetyki w istotnej mierze będzie rzutował zarówno na konkurencyjność całej rodzimej gospodarki, jak i poziom inwestycji zagranicznych w naszym kraju.
Ślad węglowy będzie miał coraz większy wpływ na konkurencyjność gospodarki, tak więc księżycowa koncepcja, że nie warto inwestować w OZE i w atom, tylko trzeba pozostać przy węglu - bo on zapewni nam bezpieczeństwo - jest czystą demagogią. Takie działanie zniszczyłoby naszą gospodarkę. Jeśli Daimler zapowiada, że chce osiągnąć zerowy ślad węglowy w nieodległym czasie dla swoich wyrobów, to jest to sygnał, że jeśli nie będziemy dysponować zielona energią, to nie będziemy atrakcyjnym miejscem do lokowania inwestycji.
Polskie Sieci Elektroenergetyczne od lat ostrzegają, że mogą nam grozić braki mocy. Z jednej strony jesteśmy cały czas uzależnieni od węgla w wytwarzaniu energii, na energetykę jądrową musimy poczekać 10-15 lat. Z drugiej strony rozwój Odnawialnych Źródeł Energii napotkał na problemy z mocami przyłączeniowymi i wiele gigawatów mocy nie wybudujemy. Jesteśmy w klinczu, a do tego mamy jeszcze system ETS, który w zamyśle ma rugować z systemu jednostki wysokoemisyjne. Co w takiej sytuacji robić?
Potrzebujemy aktualizacji Polityki Energetycznej Państwa do 2040 roku, która powinna zawierać scenariusz tych wszystkich zmian, które nas czekają. Aby być krajem bezpiecznym energetycznie, musimy być w większym stopniu członkiem europejskiego rynku energii, czyli rozbudować transgraniczne połączenia elektroenergetyczne. Aktualnie ich przepustowość jest niewystarczająca. Bezpieczeństwo w znaczącym stopniu trzeba więc postrzegać jako problem całej zjednoczonej Europy.
Nikt nie kwestionuje potrzeby rozłożenia w czasie zmian w naszej energetyce, z dużą nadzieją patrzę na perspektywy, jakie stoją przed morską energetyka wiatrową. Docelowo jej potencjał szacuje się powyżej 30 GW mocy zainstalowanej. Po drugie wiatr na lądzie to obecnie najtańsze źródło energii. Aktualnie sumaryczna moc tych instalacji przekracza 8,5 GW. Myślę, iż nowelizacja tzw. ustawy wiatrakowej przyśpieszy inwestycje.
Sukcesem ostatnich lat jest dynamika instalacji PV (fotowoltaika). Aktualnie sumaryczna moc w PV to ok. 15 GW. Szansą dla Polski jest również realna perspektywa rozwoju biogazowni. Trzeba więc zdecydowanie zapalić dla tych inwestycji zielone światło – i są to przecież głównie inwestycje prywatne. Na państwu ciąży obowiązek zapewnienia równoprawnego dostępu do infrastruktury przesyłowej podmiotom konkurującym na rynku. Tak więc operatorzy systemu przesyłowego powinni pozostać własnością Skarbu Państwa (PSE, Gaz-System, PERN). Zmieni się też geografia przesyłu energii, bo to nie w południowej, ale w północnej części kraju będzie większość jej produkowana.
Zanim jednak popłynie prąd z morskich farm wiatrowych i elektrowni jądrowej, potrzebujemy w systemie nowych źródeł, które ustabilizują prace elektrowni słonecznych i wiatrowych zależnych od pogody. Na ile takim źródeł może być gaz?
Gaz jest w 50% mniej emisyjny od węgla, więc może być paliwem przejściowym. Inwestycyjnie bloki gazowe są stosunkowo tanie. Można w miarę szybko te bloki budować, również ich elastyczność pracy w systemie jest wysoka. Minister Piotr Naimski, którego uważam za zasłużonego dla realizacji wielu celów w energetyce, zapowiadał, że w nieodległej przyszłości będziemy mieli 10 GW mocy w energetyce gazowej.
Powinniśmy postawić też na biogaz. Niemcy mają ok. 10 000 biogazowni, a my zaledwie 200. A przecież potencjał naszego kraju, biorąc pod uwagę strukturę rolnictwa, jest większy niż Niemiec. Z biogazowni moglibyśmy uzyskiwać ok. 4 mld metrów sześciennych biometanu rocznie. W związku z tym, że ten surowiec można bez problemu magazynować, byłby to jeden ze sposobów, który stabilizowałoby system energetyczny w naszym kraju.
I wreszcie budowa energetyki jądrowej. Dyskusja o tym trwała zbyt długo. Wypowiadałem się na ten temat krytycznie, bo jest czas dyskusji i czas decyzji. A przecież nie można dyskutować o tym w nieskończoność, powoływać spółki, wydawać pieniądze. Poprzedniej administracji trzeba oddać, iż podjęła decyzję o budowie trzech bloków o sumarycznej mocy powyżej 3000 MW w oparciu o technologię Westinghouse. Cieszę się, że zapalono zielone światło dla SMR-ów. W tej materii inwestorzy prywatni są bardzo aktywni. Jeżeli technologie stosowane na lodołamaczach i okrętach podwodnych będziemy w stanie przetransferować do warunków lądowych i będzie to racjonalne z ekonomicznego punktu widzenia, byłby to istotny przełom w światowej energetyce.
Podczas rządów Jerzego Buzka zamknięto 23 kopalnie, 100 tys. górników dobrowolnie odeszło z pracy. W jakim tempie teraz powinno się zamykać kopalnie?
To była jedna z najszybszych redukcji potencjału górnictwa przeprowadzona na świecie. Zrobiliśmy to dwukrotnie szybciej niż Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii. Ona zwalniała 15 tys. górników rocznie, u nas odchodziło 30 tys. Naszym sukcesem było to, że udało się to przeprowadzić w atmosferze względnego spokoju społecznego, w efekcie dialogu zarówno z górnikami, jak i zarządami kopalń, bez zwolnień grupowych. Część kopalń generowała duże straty, aktualnie mamy podobną sytuację. Jednak skala tych zagrożeń jest zupełnie inna.
W górnictwie pracuje aktualnie ponad 70 tys. ludzi, wydobywamy poniżej 50 mln ton węgla rocznie. Od co najmniej 10 lat górnictwo jest fatalnie zarządzane, wszystkie wskaźniki, które powinny iść w górę, poszły w dół, a te, które powinny iść w dół, poszły w górę. Tylko w tym roku transfer z budżetu do górnictwa wyniesie ponad 7 mld zł. Te środki istotnie nie poprawią sytuacji, petryfikują tylko stan istniejący. Konieczne jest więc przyspieszenie redukcji mocy produkcyjnych w kopalniach trwale nierentownych. I przeznaczenie zaoszczędzonych środków na inwestycje w kopalniach, które mają niższe koszty wydobycia i są rentowne.
Górnictwem przez ostatnie lata zarządzano nieodpowiedzialnie. Zachowanie spokoju społecznego bez oglądania się na ekonomię było powszechne. Aktualny stan branży jest więc tego konsekwencją.
Kiedy powinniśmy odejść od węgla. Czy rok 2049 w umowie społecznej wynegocjowanej przez Artura Sobonia jest realny?
Nikt nie zamyka kopalni z dnia na dzień, bo ten proces musi być precyzyjnie zaplanowany. Zakładam, że redukcje mocy wydobywczych w kopalniach będzie można realizować dopiero po rozwiązaniu problemów społecznych, czyli zajęciu się sprawą ludzi zatrudnionych w kopalniach. To, że ćwierć wieku temu udała nam się ta restrukturyzacja, jest wynikiem porozumienia ze związkami zawodowymi, ale przede wszystkim objęcia górniczym pakietem socjalnym odchodzących dobrowolnie z pracy górników. To nam umożliwiło likwidację tak wielu kopalń w krótkim czasie. Warto więc skorzystać z tych doświadczeń.
Podstawą harmonogramu redukcji mocy produkcyjnych w kopalniach górnośląskich po pierwsze będzie ekonomia, czyli wyniki poszczególnych kopalń, po drugie potrzeby energetyki. To musi być skorelowane. Trudno sobie wyobrazić, byśmy tolerowali w dłuższej perspektywie produkcję węgla w kopalni, która ma np. trzykrotnie większe koszty produkcji, niż wynosi koszt pozyskania węgla z importu.
Potrzeby energetyki węglowej spadają, wyraźnie to widać z informacji, które każdego dnia podają Polskie Sieci Elektroenergetyczne. Są dni, kiedy nawet 40 proc. potrzebnej energii wytwarzają farmy słoneczne i wiatrowe, a to oznacza, że zużywamy coraz mniej węgla i dlatego odchodzimy od tego nośnika energii.
Górnikom należy się szacunek za ciężką pracę na rzecz Polski przez ponad 100 lat. Nasza gospodarka przez wiele lat rozwijała się szybciej, bo mieliśmy sprawne górnictwo. Należy również przypomnieć, iż w socjalizmie węgiel kamienny był jednym z nielicznych towarów eksportowych do tzw. drugiego obszaru płatniczego. Za czasów PRL-u nasze górnictwo jako jeden z niewielu sektorów nie odstawało od technologii zachodnich.
Obecnie jednak kopalń węgla praktycznie w Europie już nie ma, nikt nie wydobywa węgla w takich warunkach geologicznych. Wydajność pracy w Polskiej Grupie Górniczej wynosi ok. 600 ton na pracownika na rok, w Stanach Zjednoczonych jest 10 razy większa, a w lubelskiej Bogdance jest ponad 2,5 raza większa niż na Śląsku. Jeżeli uwzględnimy fakt, iż koszty osobowe w kopalniach stanowią ok. 60% kosztów wydobycia, to musimy mieć świadomość nieracjonalności ekonomicznej wydobycia węgla w tych warunkach górniczo-geologicznych.
Zmierzch górnictwa w Polsce jest więc nie tylko efektem prowadzonej w UE polityki klimatyczno-energetycznej, lecz w istotniej mierze wysokich kosztów wydobycia.


























































