Inflacja jest zjawiskiem polegającym na spadku siły nabywczej pieniądza, który najczęściej zachodzi pod wpływem wzrostu jego podaży (czyli ilości pieniądza w obiegu). Więcej dolarów, złotych czy funtów przy stałej ilości dostępnych dóbr w gospodarce prowadzi do utraty wartości tychże pieniędzy – za każdego dolara, złotówkę czy funta można kupić coraz mniej towarów i usług. Noblista Milton Friedman określił inflację jako „formę podatku, który można nałożyć bez ustawy”. Ekonomiści proces ten najczęściej mierzą dynamiką wzrostu cen koszyka dóbr, a najchętniej używaną miarą inflacji jest CPI (czyli indeks cen konsumpcyjnych). Przy czym sam wzrost cen nie jest inflacją – jest tylko przybliżoną miarą skali utraty siły nabywczej pieniądza.
Inflacja jest ogromną siłą destrukcyjną dla naszego majątku i działa z mocą procenta składanego, który Albert Einstein uznał za największy wynalazek ludzkości. By to udowodnić, wystarczy posłużyć się prostą symulacją: gdyby NBP każdego roku realizował cel inflacyjny (czyli ustawowe 2,5%), to w ciągu dekady siła nabywcza złotego zmniejszyłaby o 21,9%. Po niespełna 30 latach wartość naszych oszczędności (na przykład emerytalnych) spadłaby o połowę. W ten sposób nasz bank centralny dba o „stabilność pieniądza”. Opisując czasy Cesarstwa Rzymskiego, historycy rozpaczali nad procederem „psucia pieniądza” (obecnie nazywamy go właśnie inflacją), w wyniku którego w ciągu dwustu lat siła nabywcza rzymskiej waluty spadła o 95%. Oznaczało to roczną inflację rzędu zaledwie 1,5%.
Większość współczesnych ekonomistów jest jednak zdania, że „niska” inflacja jest pożądanym zjawiskiem w gospodarce rynkowej. Tyle, że ta „niska inflacja” w skali lat prowadzi do zubożenia coraz większych grup społeczeństwa. Dzieje się tak, ponieważ ceny poszczególnych dóbr nie rosną równomiernie. Na świeżo wydrukowanym pieniądzu w pierwszej kolejności korzysta sektor bankowy – bankowcy inkasują prowizje za udzielone kredyty oraz zarabiają na marży od stale rosnącego zadłużenia (które współcześnie jest podstawową formą pieniądza bezgotówkowego). Następnie konsumenci ze świeżymi plikami stuzłotówek pędzą na zakupy, płacąc VAT i akcyzę – tu ujawnia się drugi beneficjant inflacji, czyli rząd korzystający na rosnących nominalnych wpływach budżetowych. W dalszym rzędzie zyskują handlowcy, producenci dóbr konsumpcyjnych, właściciele kopalń czy spółek naftowych.
Później podwyżek domagają się pracownicy – zazwyczaj dopiero wtedy, gdy inflacja ujawni się w cenach płaconych w osiedlowym sklepie. Oczywiście w pierwszej kolejności na podwyżki mogą liczyć najlepsi specjaliści (bo na nich najbardziej zależy pracodawcom) oraz przedstawiciele silnych grup lobbingowych (górnicy, hutnicy etc.). Na końcu zaś podwyżki dostają najsłabiej wykształceni i zazwyczaj najsłabiej opłacani robotnicy oraz emeryci i klienci opieki społecznej, których świadczenia uzależnione są od przeszłej inflacji (a dokładnie wskaźnika CPI). Inflacja premiuje też dłużników (bo zobowiązanie zaciągnięte dzisiaj za rok czy dwa spłacą w mniej wartym pieniądzu), zachęcając do życia na kredyt kosztem oszczędności i inwestycji. Systematyczny spadek siły nabywczej pieniądza umniejsza bowiem realne stopy zwrotu z zainwestowanego kapitału. Przykładowo: roczna lokata bankowa oprocentowana na 5% przy średniorocznej inflacji rzędu 3% i podatku „od zysków kapitałowych” w kwocie 19% daje realny dochód na poziomie 1,45%.
Zwiększenie podaży pieniądza (czyli inflacja) prowadzi do sytuacji, w której posiadane przez nas banknoty tracą na wartości. Jeśli na przykład system bankowy Polski od lutego 2009 do lutego 2010 roku zwiększył ilość pieniądza w obiegu z 674 mld złotych do 711 mld złotych, to siła nabywcza każdej złotówki w tym czasie spadła o 5,5%, ponieważ tyle nowego pieniądza „wyprodukowano”. Oznacza to, że stuzłotowy banknot otrzymany w lutym 2009 roku teraz jest warty 94 złote i 79 groszy. Bez jakiejkolwiek interwencji z naszej strony straciliśmy ponad pięć złotych. I tracimy tak coraz większe kwoty, często w ogóle nie będąc tego świadomi. Popatrzmy teraz, ile straciły na wartości nasze pieniądze w ostatnich 15 latach, czyli od czasu denominacji złotego.

Źródło: Bankier.pl, GUS.
Od roku 1995 średnie miesięczne wynagrodzenie brutto w polskiej gospodarce nominalnie wzrosło niemal pięciokrotnie. Ale po uwzględnieniu inflacji wzrost płac był tylko dwukrotny, co zresztą i tak nie jest złym wynikiem. Na powyższym wykresie pole pomiędzy czarną a niebieską kreską to właśnie wpływ inflacji na stan naszych dochodów. W ciągu 15 lat ceny w Polsce wzrosły 2,5-krotnie, co oznacza, że wartość polskiego pieniądza spadła o 60%.
Wpływu inflacji nie widać tak mocno, gdy polskie wynagrodzenia przeliczy się na tzw. twarde waluty. W styczniu 1995 roku średnia płaca w Polsce wynosiła około 290 USD, by w pamiętnym lipcu 2008 roku sięgnąć 1435 USD. Późniejsza aprecjacja „zielonego” sprawiła, że w marcu 2010 zarabialiśmy średnio 1218 USD, a więc o 320% więcej niż 15 lat wcześniej. W ciągu dekady wynagrodzenia liczone w euro podwoiły się z 450 € do blisko 900 €.
Jednakże po przeliczeniu na istotnie „twardą” walutę, jaką jest złoto, płacowy sukces polskich pracowników staje się wątpliwy. Na początku XXI wieku za przeciętną pensję brutto (od niej trzeba by odjąć 28% podatków pobieranych od płac) Polak mógł kupić 1,865 uncji (58 gramów) złota. Był to jednak czas historycznie niskich cen kruszcu, który w następnych latach zaczął drożeć, doskonale obrazując proces kumulowania się inflacji. W efekcie przez następne lata siła nabywcza polskiego pracownika utrzymywała się na w miarę stałym poziomie 1,4-1,8 uncji. Sytuacja dramatycznie pogorszyła się jesienią 2008 roku, gdy Polska przeżyła de facto krach walutowy – w ciągu pół roku złoty stracił względem dolara niemal połowę swojej wcześniejszej wartości. Rezultatem był skokowy spadek siły nabywczej polskiego pieniądza – w lutym 2009 za przeciętną płacę brutto można było kupić zaledwie 0,93 uncji żółtego metalu. W ciągu roku sytuacja poprawiła się na tyle, że obecnie średnia krajowa wystarcza na niespełna 1,1 uncji (czyli 34 gramy wobec rekordowych 60,6 gramów w marcu 2001 roku).

Źródło: Bankier.pl
Krzysztof Kolany
Analityk Bankier.pl































































