REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Złodziejska ręka inflacji opróżnia nasze portfele

Krzysztof Kolany2010-04-28 06:00główny analityk Bankier.pl
publikacja
2010-04-28 06:00
Dodaj Bankier.pl w Google
Inflacja nie jest tylko wskaźnikiem ekonomicznym fascynującym analityków i statystyków. Jest realną siłą gospodarczą, która każdego dnia i każdego roku, stale i nieubłaganie, zmniejsza wartość naszych dochodów i oszczędności.

Inflacja jest zjawiskiem polegającym na spadku siły nabywczej pieniądza, który najczęściej zachodzi pod wpływem wzrostu jego podaży (czyli ilości pieniądza w obiegu). Więcej dolarów, złotych czy funtów przy stałej ilości dostępnych dóbr w gospodarce prowadzi do utraty wartości tychże pieniędzy – za każdego dolara, złotówkę czy funta można kupić coraz mniej towarów i usług. Noblista Milton Friedman określił inflację jako „formę podatku, który można nałożyć bez ustawy”. Ekonomiści proces ten najczęściej mierzą dynamiką wzrostu cen koszyka dóbr, a najchętniej używaną miarą inflacji jest CPI (czyli indeks cen konsumpcyjnych). Przy czym sam wzrost cen nie jest inflacją – jest tylko przybliżoną miarą skali utraty siły nabywczej pieniądza.

Inflacja jest ogromną siłą destrukcyjną dla naszego majątku i działa z mocą procenta składanego, który Albert Einstein uznał za największy wynalazek ludzkości. By to udowodnić, wystarczy posłużyć się prostą symulacją: gdyby NBP każdego roku realizował cel inflacyjny (czyli ustawowe 2,5%), to w ciągu dekady siła nabywcza złotego zmniejszyłaby o 21,9%. Po niespełna 30 latach wartość naszych oszczędności (na przykład emerytalnych) spadłaby o połowę. W ten sposób nasz bank centralny dba o „stabilność pieniądza”. Opisując czasy Cesarstwa Rzymskiego, historycy rozpaczali nad procederem „psucia pieniądza” (obecnie nazywamy go właśnie inflacją), w wyniku którego w ciągu dwustu lat siła nabywcza rzymskiej waluty spadła o 95%. Oznaczało to roczną inflację rzędu zaledwie 1,5%.

Większość współczesnych ekonomistów jest jednak zdania, że „niska” inflacja jest pożądanym zjawiskiem w gospodarce rynkowej. Tyle, że ta „niska inflacja” w skali lat prowadzi do zubożenia coraz większych grup społeczeństwa. Dzieje się tak, ponieważ ceny poszczególnych dóbr nie rosną równomiernie. Na świeżo wydrukowanym pieniądzu w pierwszej kolejności korzysta sektor bankowy – bankowcy inkasują prowizje za udzielone kredyty oraz zarabiają na marży od stale rosnącego zadłużenia (które współcześnie jest podstawową formą pieniądza bezgotówkowego). Następnie konsumenci ze świeżymi plikami stuzłotówek pędzą na zakupy, płacąc VAT i akcyzę – tu ujawnia się drugi beneficjant inflacji, czyli rząd korzystający na rosnących nominalnych wpływach budżetowych. W dalszym rzędzie zyskują handlowcy, producenci dóbr konsumpcyjnych, właściciele kopalń czy spółek naftowych.

Później podwyżek domagają się pracownicy – zazwyczaj dopiero wtedy, gdy inflacja ujawni się w cenach płaconych w osiedlowym sklepie. Oczywiście w pierwszej kolejności na podwyżki mogą liczyć najlepsi specjaliści (bo na nich najbardziej zależy pracodawcom) oraz przedstawiciele silnych grup lobbingowych (górnicy, hutnicy etc.). Na końcu zaś podwyżki dostają najsłabiej wykształceni i zazwyczaj najsłabiej opłacani robotnicy oraz emeryci i klienci opieki społecznej, których świadczenia uzależnione są od przeszłej inflacji (a dokładnie wskaźnika CPI). Inflacja premiuje też dłużników (bo zobowiązanie zaciągnięte dzisiaj za rok czy dwa spłacą w mniej wartym pieniądzu), zachęcając do życia na kredyt kosztem oszczędności i inwestycji. Systematyczny spadek siły nabywczej pieniądza umniejsza bowiem realne stopy zwrotu z zainwestowanego kapitału. Przykładowo: roczna lokata bankowa oprocentowana na 5% przy średniorocznej inflacji rzędu 3% i podatku „od zysków kapitałowych” w kwocie 19% daje realny dochód na poziomie 1,45%.

Zwiększenie podaży pieniądza (czyli inflacja) prowadzi do sytuacji, w której posiadane przez nas banknoty tracą na wartości. Jeśli na przykład system bankowy Polski od lutego 2009 do lutego 2010 roku zwiększył ilość pieniądza w obiegu z 674 mld złotych do 711 mld złotych, to siła nabywcza każdej złotówki w tym czasie spadła o 5,5%, ponieważ tyle nowego pieniądza „wyprodukowano”. Oznacza to, że stuzłotowy banknot otrzymany w lutym 2009 roku teraz jest warty 94 złote i 79 groszy. Bez jakiejkolwiek interwencji z naszej strony straciliśmy ponad pięć złotych. I tracimy tak coraz większe kwoty, często w ogóle nie będąc tego świadomi. Popatrzmy teraz, ile straciły na wartości nasze pieniądze w ostatnich 15 latach, czyli od czasu denominacji złotego.


Źródło: Bankier.pl, GUS.

Od roku 1995 średnie miesięczne wynagrodzenie brutto w polskiej gospodarce nominalnie wzrosło niemal pięciokrotnie. Ale po uwzględnieniu inflacji wzrost płac był tylko dwukrotny, co zresztą i tak nie jest złym wynikiem. Na powyższym wykresie pole pomiędzy czarną a niebieską kreską to właśnie wpływ inflacji na stan naszych dochodów. W ciągu 15 lat ceny w Polsce wzrosły 2,5-krotnie, co oznacza, że wartość polskiego pieniądza spadła o 60%.

Wpływu inflacji nie widać tak mocno, gdy polskie wynagrodzenia przeliczy się na tzw. twarde waluty. W styczniu 1995 roku średnia płaca w Polsce wynosiła około 290 USD, by w pamiętnym lipcu 2008 roku sięgnąć 1435 USD. Późniejsza aprecjacja „zielonego” sprawiła, że w marcu 2010 zarabialiśmy średnio 1218 USD, a więc o 320% więcej niż 15 lat wcześniej. W ciągu dekady wynagrodzenia liczone w euro podwoiły się z 450 € do blisko 900 €.

Jednakże po przeliczeniu na istotnie „twardą” walutę, jaką jest złoto, płacowy sukces polskich pracowników staje się wątpliwy. Na początku XXI wieku za przeciętną pensję brutto (od niej trzeba by odjąć 28% podatków pobieranych od płac) Polak mógł kupić 1,865 uncji (58 gramów) złota. Był to jednak czas historycznie niskich cen kruszcu, który w następnych latach zaczął drożeć, doskonale obrazując proces kumulowania się inflacji. W efekcie przez następne lata siła nabywcza polskiego pracownika utrzymywała się na w miarę stałym poziomie 1,4-1,8 uncji. Sytuacja dramatycznie pogorszyła się jesienią 2008 roku, gdy Polska przeżyła de facto krach walutowy – w ciągu pół roku złoty stracił względem dolara niemal połowę swojej wcześniejszej wartości. Rezultatem był skokowy spadek siły nabywczej polskiego pieniądza – w lutym 2009 za przeciętną płacę brutto można było kupić zaledwie 0,93 uncji żółtego metalu. W ciągu roku sytuacja poprawiła się na tyle, że obecnie średnia krajowa wystarcza na niespełna 1,1 uncji (czyli 34 gramy wobec rekordowych 60,6 gramów w marcu 2001 roku).


Źródło: Bankier.pl

Krzysztof Kolany
Analityk Bankier.pl
Źródło:
Krzysztof Kolany
Krzysztof Kolany
główny analityk Bankier.pl

Absolwent Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. Analityk rynków finansowych i gospodarki. Analizuje trendy makroekonomiczne i bada ich przełożenie na rynki finansowe. Specjalizuje się w rynkach metali szlachetnych oraz monitoruje politykę najważniejszych banków centralnych. Inwestor giełdowy z 20-letnim stażem. Jest trzykrotnym laureatem prestiżowego konkursu Narodowego Banku Polskiego dla dziennikarzy ekonomicznych. W 2016 roku otrzymał także tytuł Herosa Rynku Kapitałowego przyznawany przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Telefon: 697 660 684

Tematy

Komentarze (8)

dodaj komentarz
~henieck
Inflacja ma różne definicje – podwyżka cen jest tylko efektem prawdziwej inflacji – zwiększonej podaży pieniądza, inaczej „money supply”, najlepiej określa to wskaźnik M3. Chodzi po prostu o dobrze znaną wszystkim z czasów bankrutującego PRL ilość dodrukowywanego pieniądza. Na stronie NBP są Inflacja ma różne definicje – podwyżka cen jest tylko efektem prawdziwej inflacji – zwiększonej podaży pieniądza, inaczej „money supply”, najlepiej określa to wskaźnik M3. Chodzi po prostu o dobrze znaną wszystkim z czasów bankrutującego PRL ilość dodrukowywanego pieniądza. Na stronie NBP są dane o podaży pieniądza od grudnia 1996 roku. Od tamtego czasu (ilość 140,4; mniejsza o jednostki) do marca 2010 (722,1) ilość pieniądza powiększyła się o 414%!!! W latach 1996, 1997 drukowali na poziomie 25 czy 30%, potem było spokojniej, średnia z dekady to 11% (plus efekt precenta składanego).
Od czerwca 2008 (z grubsza moment kiedy kryzys zaczął się rozchodzić na cały świat) do marca 2010 wskaźnik M3 z oficjalnych danych NBP w Polsce wzrósł o 19%. To jest prawdziwa inflacja! Fakt, że można ją pomniejszyć o pkb, bo jednak gospodarka coś wytwarza, ale to są pojedyncze % rocznie. CPI, czyli wskaźnik inflacji jest zmanipulowanym, zaniżonym w dół wskaźnikiem. Trzeba go pomnożyć co najmniej 2 czy 3 razy. Te 19% to na razie też nie tak dużo, bo w czasie początków kryzysu wystąpiły silne czynniki deflacyjne. Ale im dalej w kryzys tym więcej będą drukować, to jest pewne.

To nie złoto drożeje tylko waluty tanieją, bo dziś wszystkie waluty na świecie nie mają pokrycia z żadnej trwałej wartości (jak dawniej w złocie) i są przedmiotem permanentnego dodruku i inflacji, zwielokrotnionego w czasie kryzysu.
Niektórzy myślą, że złoto jest teraz drogie i boją się, że jak wzrosło kilkaset% przez ileś lat – to teraz „ma z czego spadać”. Nieprawda, to co zostało dodrukowane ma automatyczne odzwierciedlenie w cenie złota (którego nie można dodrukować) i tamta cena już nigdy nie wróci, bo generalnie pomniejszanie ilości pieniądza jest nie na rękę systemowi. Tylko dodruk kasy i inflacja jest lekarstwem na kłopoty bankrutujących systemów. Ze wszystkich walut tylko złoto jest pieniądzem, który przechowuje wartość. Są jakieś wahania cen złota +-30% bo nic się nie porusza po linii prostej – ale do cen złota, które były lata temu nie ma już nigdy powrotu. Wszystko to co zostaje dodrukowane ma w dłuższym terminie automatyczne przełożenie na wartość złota i koniec. Chociaż są też inne czynniki, które mogą zmieniać wartość papierowej waluty w krótkich okresach – np przepływy inwestycji zagranicznych itd. czasami złotówka potrafiła się zdrowo umocnić do euro na jakiś czas – ale w długim terminie wszystko co dodrukowane widać na złocie.
~Przemysław z Krakowa
Henieck, gratuluję komentarza, a autorowi gratuluję artykułu.
W artykule brakuje mi jedynie rozprawienia się z "koszykiem", który jest wadliwy, w wyniku czego inflacja "oficjalna" wynosi te 2,6% (ostatnio), a obserwowana w sklepach sięga miejscami 30% (pewien rodzaj lodów zdrożał w "moim" sklepie
Henieck, gratuluję komentarza, a autorowi gratuluję artykułu.
W artykule brakuje mi jedynie rozprawienia się z "koszykiem", który jest wadliwy, w wyniku czego inflacja "oficjalna" wynosi te 2,6% (ostatnio), a obserwowana w sklepach sięga miejscami 30% (pewien rodzaj lodów zdrożał w "moim" sklepie z 7zł na 10zł.), a kilkunastu, to już powszechnie (żywność, energia). W koszyku jest bowiem sporo towarów w prawdzie raz na jakiś czas kupowanych, ale bez których można się obejść. Ostatecznie taniejące telewizory też są brane pod uwagę, a jak to się ma do losu człowieka, którego nie stać na jedzenie? Powinno się stworzyć „koszyk minimalny”, złożony z produktów które FAKTYCZNIE służą do utrzymywania się przy życiu – wtedy „oficjalna” inflacja zbliżyłaby się do realnej.
Na koniec pytanie do zwolenników „niskiej inflacji” – ile ona, waszym zdaniem, powinna wynosić – oczywiście realnie?
Deflacja jest podobno szkodliwa, ale nie znam człowieka, który by jej faktycznie zaznał.
Pozdrawiam.

~Rafito odpowiada ~Przemysław z Krakowa
Dobra uwaga, żywność podrożała ponad 24 %, urzytkowanie mieszkań i ennergii ponad 21%. Jak powiedział Mark Twain istnieją 3 rodzaje kłamstw: kłamstwa, piekielne kłamstwa i statystyka:-) Biorąc pod uwagę realną inflację to płace polaków mierzone prawdziwym pieniądzem lecą na łeb na szyję jak narciarze po stoku narciarskim.

http:
Dobra uwaga, żywność podrożała ponad 24 %, urzytkowanie mieszkań i ennergii ponad 21%. Jak powiedział Mark Twain istnieją 3 rodzaje kłamstw: kłamstwa, piekielne kłamstwa i statystyka:-) Biorąc pod uwagę realną inflację to płace polaków mierzone prawdziwym pieniądzem lecą na łeb na szyję jak narciarze po stoku narciarskim.

http://szkolenie-złoto.pl/kurs/
~dfghfdgh
Wskaźnik inflacji jest tworzony na potrzeby rządu. Proszę zwrócić uwagę ze w PL we wskaźniku tym nie bierze się pod uwagę żywności i energii. To jest oszustwo na potrzeby okupacyjnego rządu który okrada emerytów i rencistów
~justus
Że też Panu ten artykuł puścili. Przecież gdy ludzie zrozumieją co Pan napisał frekwencja na wyborach wzrośnie do 100%.
~justus
No chyba że się "dodrukuje" złota. Bo przecież kupując opcje złota nie kupuje się fizycznego, materialnego złota tylko papierowy jego ekwiwalent :)
~dywan
Doskonaly artykul! Teraz tylko kazac go przedrukowac w podrecznikach dla LO i powinien byc obowiazkowy tak, jak swego czasu Dziela Lenina.
infinum
Panie Krzysztofie gratuluję, naprawdę dobry, merytoryczny artykuł.

Szczególnie podobało mi się odniesienie wartości pieniądza do złota, bo dopiero wtedy naprawdę widać dlaczego niby zarabiamy więcej, a zbytnio się nie bogacimy.

I niech ktoś teraz uzasadni, że "niska inflacja" to coś
Panie Krzysztofie gratuluję, naprawdę dobry, merytoryczny artykuł.

Szczególnie podobało mi się odniesienie wartości pieniądza do złota, bo dopiero wtedy naprawdę widać dlaczego niby zarabiamy więcej, a zbytnio się nie bogacimy.

I niech ktoś teraz uzasadni, że "niska inflacja" to coś pozytywnego.

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki