Wojskowi na czele z Bainimaramą domagają się odsunięcia od urzędów państwowych osób zamieszanych w poprzedni zamach stanu, którego społeczność wyspy na południowym Pacyfiku była świadkiem w 2000 roku. Przywódca sił zbrojnych kraju domaga się również cofnięcia amnestii, która uwolniła od odpowiedzialności karnej autorów poprzedniego coup d’etat.
W całym zamieszaniu, które zdążyło już nawet zaangażować ministrów spraw zagranicznych Forum Wysp Pacyfiku, najwięcej spokoju wydaje się zachowywać sam Bainimirama. Stwierdził on, że pucz nie odbędzie się przed odbyciem dorocznego meczu rugby pomiędzy reprezentacjami armii i policji. Ostatecznie nie wiadomo jednak jak na nastrój i dalsze plany komendanta wpłynęła porażka jego drużyny 17-15 podczas rozegranego dziś spotkania.
Tymczasem premier Qarase wydał z ukrycia komunikat informujący, że „naród Fidżi łaknie demokracji”, w związku z czym jego rząd nie ustąpi żądaniom puczystów in spe. Ukrywający się szef gabinetu utrzymuje przy tym, że w pełni kontroluje sytuację w kraju, a swojego szefa armii oskarża o atak choroby psychicznej. Całej sytuacji z dużym spokojem przyglądają się mieszkańcy Suvy, stolicy wyspy, dla których byłby to już czwarty wojskowy zamach stanu w ciągu ostatnich 20 lat.
Rządy Australii, Wielkiej Brytanii i Nowej Zelandii wezwały swoich obywateli do powstrzymania się od wyjazdów na Fidżi do czasu unormowania się tamtejszej sytuacji politycznej. Jednocześnie rząd premiera Howarda wysłał okręty wojenne w celu ewakuacji przebywających na Fidżi Australijczyków. Obserwatorzy wskazują, że zamach stanu mógłby fatalnie odbić się na wątłej gospodarce wyspy, która opiera się na turystyce i uprawie trzciny cukrowej.
S.R.































































