Platformy takie jak Polymarket wyceniają prawdopodobieństwo wszystkiego – od wyników wyborów po wybuchy wojen. Dla analityków to innowacyjne narzędzie badające nastroje tłumu. Dla krytyków: wylęgarnia insider tradingu na poziomie państwowym i narzędzie zachęcające do manipulowania rzeczywistością.


Jens Nærvig Pedersen, główny analityk Danske Banku, zyskał nowe narzędzie pracy. Codziennie rano, analizując kursy dolara i perspektywy makroekonomiczne, obok tradycyjnych raportów i sondaży, sprawdza rynki predykcyjne – na czele z platformą Polymarket.
To właśnie tam tysiące użytkowników obstawia przyszłość. Czy rząd Iranu upadnie przed końcem czerwca? Ile razy Elon Musk opublikuje wpis na platformie X w danym tygodniu? A nawet: czy USA dokonają inwazji na Kubę w 2026 roku?
– To zupełnie nowy wymiar informacji. Ludzie handlują w oparciu o prawdopodobieństwo konkretnego wyniku – tłumaczy Pedersen. – Sondaże to nie to samo co rynkowe prawdopodobieństwo, a do tego nie są aktualizowane na bieżąco. Polymarket pozwala nam w czasie rzeczywistym wycenić polityczną niepewność.
Globalna "maszyna prawdy" czy wylęgarnia nadużyć?
Mechanizm jest prosty: każda prognoza to "los" kosztujący od 1 do 99 centów, w zależności od rynkowego prawdopodobieństwa. Jeśli rynek wycenia szansę na amerykańską inwazję na 23 proc., płacisz 23 centy. Trafisz? Dostajesz dolara. Pomyłka oznacza utratę wkładu.

Dyrektor generalny Polymarketu, 28-letni Shayne Coplan, nazywa swój projekt (wyceniany już na równowartość kilkudziesięciu miliardów złotych) "globalną maszyną prawdy". Jednak platforma, i jej główny konkurent Kalshi, poruszają się w potężnej etycznej i prawnej szarej strefie.
Lista kontrowersji rośnie z każdym miesiącem:
-
Wiedza wywiadowcza w służbie spekulacji: Na początku roku na Polymarkecie nagle postawiono duże pieniądze na to, że USA schwytają prezydenta Wenezueli, Nicolása Maduro. Kilka godzin później faktycznie do tego doszło, a anonimowy gracz zgarnął setki tysięcy dolarów.
-
Zarabianie na wojnie: Zaledwie dzień przed marcowym amerykańskim atakiem na Iran 12 użytkowników obstawiło ten scenariusz, wygrywając potężne sumy.
Noblista w dziedzinie ekonomii, Paul Krugman, nie gryzie się w język. Wykorzystywanie informacji ze spółek to nielegalny insider trading. Jak jednak nazwać sytuację, w której ktoś wykorzystuje dostęp do tajemnic bezpieczeństwa narodowego – takich jak plany zbombardowania obcego państwa – dla osobistego zysku? – To słowo to zdrada stanu – grzmiał niedawno Krugman.
"Reality fixing", czyli naginanie rzeczywistości
Krytycy zwracają uwagę na jeszcze mroczniejszy aspekt zjawiska. Emma Holten, znana duńska autorka i debiutantka, ostrzega przed tzw. "reality fixingiem", czyli przeniesieniem ustawiania meczów (match-fixing) na arenę globalną.
– Rynek nagle infiltruje rzeczywistość. Mając odpowiednią motywację finansową, ludzie mogą posunąć się do szantażu lub przekupstwa, by doprowadzić do obstawionego przez siebie rezultatu – tłumaczy Holten.
Brzmi jak teoria spiskowa? Przykłady już są. Gdy na Polymarkecie pojawił się zakład o to, czy prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski pokaże się publicznie w garniturze (zamiast w swoim słynnym stroju w stylu militarnym), w sieci zawrzało, gdy Zełenski na szczycie NATO w Hadze faktycznie założył ubiór przypominający garnitur. W teorii, sam mógłby postawić na to pieniądze.
Inny przypadek opisał "The Wall Street Journal": korespondent z Izraela był nękany i zastraszany przez graczy po tym, jak opublikował artykuł o irańskim ataku rakietowym. Użytkownicy żądali korekty tekstu, ponieważ postawili pieniądze na to, że do ataku nie dojdzie – publikacja gazety oznaczała dla nich utratę kapitału.
Mądrość tłumu z istotnym defektem
Skąd zatem wiarygodność rynków predykcyjnych? Opiera się ona na koncepcji "mądrości tłumu" (Wisdom of the crowd). Teoria głosi, że jeśli poprosisz tysiąc osób o oszacowanie wagi krowy, pojedyncze strzały będą skrajnie różne, ale ich średnia będzie niezwykle bliska prawdzie.
Christian Borch, profesor socjologii na Uniwersytecie Kopenhaskim, zaleca jednak ostrożność. – Mądrość tłumu działa tylko wtedy, gdy jednostki są od siebie niezależne i reprezentują dużą różnorodność. Na platformach predykcyjnych nie mamy takiej gwarancji. To specyficzna demografia: głównie młodzi mężczyźni, którzy czerpią wiedzę z tych samych źródeł informacyjnych.
Mimo to, Borch zauważa, że rynki te rozdrapują 100-letnią ranę w teorii finansów, zacierając granicę między legalną spekulacją na giełdzie, a nielegalnym hazardem. – Dywagujemy tu o hazardzie, ale ubranym w szaty logiki finansowej – dodaje.
Przyszłość pod znakiem zapytania (i procesów)
Politycy i regulatorzy na całym świecie już reagują. Kanada, Francja i Niemcy zakazały działalności Polymarketu. W USA trwa prawna batalia – stan Arizona pozwał konkurencyjne Kalshi, traktując platformę jak nielegalnego bukmachera. Sami twórcy wolą nazywać się "giełdami kontraktów finansowych", co przeniosłoby ich pod jurysdykcję federalną.
W międzyczasie trend ten staje się potężnym narzędziem politycznym. Donald Trump Jr. jest doradcą i inwestorem na rynkach predykcyjnych, a rodzina Trumpów zapowiedziała stworzenie własnej platformy o nazwie Truth Predict.
Jak podsumował niedawno Jake Sullivan, były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA: – To ogromne zjawisko. Nigdy wcześniej nie musieliśmy się z czymś takim mierzyć, a w ostatnim roku wręcz eksplodowało.
Czy rynki predykcyjne zmienią architekturę globalnych finansów, czy zostaną zduszone przez regulatorów? Tego nie wiemy. Co ciekawe, na Polymarkecie wciąż nie ma zakładu, który pozwoliłby przewidzieć przyszłość samej platformy.
Borsen (Grupa Bonnier)/AO































































