REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Wybory w USA: kto właściwie wybiera prezydenta? [Wywiad]

2016-10-26 06:00
publikacja
2016-10-26 06:00
Dodaj Bankier.pl w Google

Kto i kiedy właściwie wybiera prezydenta USA? Dlaczego Amerykanie głosują we wtorki? Czy istnieje furtka, która pozwala Barackowi Obamie na dalsze sprawowanie władzy? O meandrach wyborów przywódcy światowego supermocarstwa rozmawiamy z profesorem Pawłem Laidlerem, amerykanistą z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

fot. michaklootwijk / / YAY Foto

Michał Żuławiński: Kto tak naprawdę wybiera prezydenta w USA? Naród czy elektorzy?

Prof. Paweł Laidler: Naród wybiera prezydenta, ale za pośrednictwem elektorów, a więc wyborcy głosują na parę kandydatów na prezydenta i wiceprezydenta, co w praktyce oznacza wskazanie elektorów, którzy w danym stanie opowiadają się za konkretnymi kandydatami. Ta para kandydujących do Białego Domu, która uzyska większość głosów w danym stanie, otrzymuje głosy elektorskie, ale z formalnego punktu widzenia elektorzy spotykają się dopiero w połowie grudnia i oddają swój głos.

Czyli „prawdziwe” wybory odbędą się dopiero w grudniu?

Ponieważ elektorzy są związani głosowaniem na konkretnego kandydata, wynik jest z góry przesądzony, ale warto wiedzieć, że proces wyboru prezydenta jest jeszcze dłuższy, bo po głosowaniu elektorów Kongres zbiera się 6 stycznia roku następnego i ogłasza oficjalnie nazwisko prezydenta. Zaprzysiężenie prezydenta następuje 20 stycznia i ta data jest równocześnie końcem kadencji poprzednika. Zatem prezydenta wybiera naród poprzez obieralnych elektorów.

Czy elektorzy mogą zagłosować wbrew „instrukcjom” od wyborców ze swojego stanu?

Gdyby elektorzy głosowali wbrew woli wyborców, oznaczałoby to porażkę systemu, który i tak jest bardzo krytykowany. Gdyby bowiem elektor zmienił zdanie, co wpłynęłoby na ostateczny wynik wyborów, wówczas cały proces głosowania powszechnego nie miałby sensu i ucierpiałaby demokracja. Elektorzy są związani głosami wyborców, ale w niewiele ponad 50% stanów istnieją szczegółowe przepisy określające sankcje za głosowanie wbrew wyborcom. Zazwyczaj są to kary grzywny. Pozostałe stany nie mają takich przepisów, co sprawia, że elektor rzeczywiście mógłby zagłosować, jak chce.

Wakacje na giełdzie

Takie sytuacje są czysto teoretyczne czy rzeczywiście się zdarzały?

Paradoksalnie taka sytuacja miała miejsce… ponad 150 razy w historii, ale nigdy nie wpłynęło to na ostateczny rezultat wyborów. Zważywszy na liczbę elektorów biorących udział w głosowaniu na prezydenta co cztery lata, liczba ta jest śladowa, ale skoro sytuacja taka miała miejsce, to nie można wykluczyć, że również podczas tegorocznych wyborów któryś z elektorów zechce zrezygnować z poparcia wskazanego przez wyborców kandydata. Pamiętajmy jednak, jak już wcześniej wspomniałem, że takie działanie osłabiłoby zasadność tworzenia Kolegium Elektorów, jak również mogłoby spowodować negatywne skutki dla samego elektora, zwłaszcza jeśli chciałby kiedykolwiek w przyszłości pełnić tę istotną społecznie funkcję. 

W 2000 r. Al Gore uzyskał więcej głosów niż George Bush, a mimo to nie został prezydentem. Czy w USA dyskutuje się o rezygnacji z Kolegium Elektorów i przejściu na system obowiązujący w wielu innych demokracjach?

Nie dyskutuje się. Amerykanie są przywiązani do tradycji, więc nie przewiduję zmian w tym zakresie, nawet jeśli sytuacja jak w 2000 roku będzie się powtarzać. To raczej Europejczycy uważają, że w systemie amerykańskim jest wiele wad, ofiarą czego był choćby Al Gore. Kolegium Elektorów to instytucja kontrowersyjna, ale głęboko zakorzeniona w systemie wyborczym USA, która z jednej strony nawiązuje do konieczności reprezentowania ludzi przez wybrańców społeczeństwa cieszących się nieposzlakowaną opinią, z drugiej zaś do praw stanów, które determinują, kto może zostać wybrany elektorem.

Z czego wynika ta dwustopniowość?

Pośredniość wyborów wynikała z obaw ojców założycieli przed przekazaniem całości władzy ludności, stąd pomysł dwupłaszczyznowego wyboru głosy państwa. Proszę również pamiętać, że system ten chroni mniejsze populacyjnie stany, które w przypadku wyborów bezpośrednich zostałyby zdominowane przez stany o większej populacji. Wydaje się, że problemem nie jest tylko i wyłącznie sam system głosowania pośredniego, ale fakt, że zwycięzca głosowania powszechnego na terenie stanu bierze wszystkie głosy elektorskie (za wyjątkiem dwóch stanów), co powoduje, że uzyskanie nawet 48% głosów w liczebnym populacyjnie stanie oznacza 0 głosów elektorskich na koncie przegrywającego w tym stanie kandydata.

Co stałoby się, gdyby tuż przed wyborami (np. obecnie) jeden z dwóch głównych kandydatów umarł lub zrezygnował?

Nie ma jednoznacznych reguł określających kto powinien zastąpić kandydata, który zrezygnuje przed wyborami. Decyzja należy wówczas do konwencji partyjnej, którą trzeba by zwołać w celu wysunięcia nowego kandydata. Jednak wydaje się, że naturalnym następcą rezygnującego byłby kandydat na wiceprezydenta, czyli w przypadku Trumpa - Pence, a w przypadku Clinton - Kaine.

A gdyby jeszcze przed zaprzysiężeniem prezydent-elekt umarł albo zrezygnował?

Na pewno po wyborach prezydenta elekta zastąpiłby wybrany wraz z nim wiceprezydent. Nigdy do takiej sytuacji nie doszło, choć w roku 1841 William Henry Harrison zmarł miesiąc po objęciu urzędu w wyniku powikłań po grypie, którą dostał po wygłoszeniu najdłuższej w historii mowy inauguracyjnej mającej miejsce w mroźny dzień. 

Czytaj dalej: Dlaczego Amerykanie głosują we wtorek? W jakim scenariuszu Barack Obama mógłby zostać w Białym Domu?


Dlaczego w głównym przekazie medialnym konsekwentnie ignorowani są kandydaci spoza wielkiej dwójki? Dlaczego w debatach nie brali udziału libertariański Gary Johnson czy „zielona” Jill Stein?

Odkąd w USA usankcjonowany został system dwupartyjny, Amerykanie wybierają tak naprawdę między kandydatami dwóch największych partii. To nie oznacza, że inne partie nie działają czy nie mogą wystawiać swoich kandydatów, ale ze względu na system wyborczy promowani są kandydaci Republikanów i Demokratów. Zdarzyło się w historii, że pewien wpływ na ostateczny wynik wyborów prezydenckich mieli kandydaci niezależni, jak np. Ross Perot w roku 1992, który został nawet zaproszony do debaty z głównymi kandydatami i ostatecznie uzyskał 19% głosów powszechnych. Nie otrzymał jednak żadnego głosu elektorskiego i nie liczył się w ostatecznym rozrachunku, ale odebrał trochę głosów Republikanom, co zaważyło na zwycięstwie Billa Clintona. W roku 2016 żaden z kandydatów "trzecich" nie liczy się w badaniach opinii publicznej i dlatego nie jest widoczny w mediach. A dlaczego się nie liczą, wynika właśnie z ukształtowania systemu wyborczego oraz trudności z gromadzeniem funduszy wyborczych, a to one determinują aktywność medialną kandydatów.
Dlaczego właściwie Amerykanie idą do urn w dzień roboczy i to w środku tygodnia? Czy wyborczy wtorek ma jakieś głębsze uzasadnienie?

Europejczyków dziwi, że Amerykanie nie głosują w weekend, a nawet, że mają szczegółowo zapisane w prawie, że głosują na prezydenta i kongresmenów w pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada. Dlaczego wtorki? Wynika to uwarunkowań historycznych. Na początku państwowości amerykańskiej społeczeństwo, zwłaszcza na Południu, zajmowało się uprawą roli i wokół tego toczyło się życie codzienne. Z drugiej strony w niedziele chodziło się do kościoła, a komisje wyborcze były często ulokowane w oddali miejsca zamieszkania wyborców. Żeby dotrzeć do komisji i oddać swój głos, musieli oni długo jechać i długo wracać, a termin wyborów nie mógł kolidować z niedzielnymi obowiązkami religijnymi. Dlatego wybrano wtorki i tak już zostało aż do dziś. Współcześnie oczywiście o wiele trudniej jest głosować w środku tygodnia pracy, ale Amerykanie nie raz dowodzili, że tradycja jest dla nich niezwykle istotną wartością.

Istnieją jakiekolwiek prawne furtki, które umożliwiłyby Barackowi Obamie pozostanie w Białym Domu dłużej niż dwie kadencje? 

Absolutnie nie ma żadnej prawnej możliwości, aby prezydent, który kończy drugą kadencję pozostał na stanowisku. Od wejścia w życie w 1951 roku 22. poprawki do konstytucji, każdy prezydent może maksymalnie pełnić swój urząd przez dwie kadencje z rzędu. Prawo dopuszcza sytuację, gdy prezydent będzie rządził przez okres dłuższy, ale tylko pod warunkiem, że objął funkcję jako wiceprezydent, który - np. z przyczyn śmierci lub impeachmentu prezydenta - awansował na stanowisko głowy państwa bez wyborów. Taka sytuacja nie może jednak trwać dłużej niż 2 lata, żeby później zostać jeszcze dwukrotnie wybranym na prezydenta, co oznacza łącznie 2 lata plus 2 kadencje, czyli 10 lat na stanowisku prezydenta. Jednak Obama, którego dwukrotnie wybrano, na pewno zakończy swoje urzędowanie w styczniu 2017 roku.​

Rozważmy zatem scenariusz, w którym wybory wygrywa para Clinton-Kaine, następnie ze stanowiska znika wiceprezydent Kaine (śmierć, rezygnacja, odwołanie), w jego miejsce pani prezydent wskazuje swojego poprzednika, a następnie sama przedwcześnie żegna się z urzędem. Czy Barack Obama znów mógłby wówczas być prezydentem?

​Rzeczywiście taka sytuacja, choć skrajnie nieprawdopodobna, formalnie spowodowałaby ze Obama zostanie prezydentem. Nie ma zakazu bycia prezydentem nawet łącznie 30 lat, ale jest jeden istotny warunek: nie można dłużej mieć ciągłej kadencji niż 8 lat. Jeżeli zaistnieje przerwa w sprawowaniu urzędu, choćby trwająca kilka miesięcy, wówczas prezydent, który rządził już dwie kadencje, może być wybrany na kolejna lub kolejne dwie, nieważne, czy jako wiceprezydent, czy w formie głosowania obywateli.

Nigdy w historii taka sytuacja nie miała miejsca, co więcej, od czwartej kadencji Franklina D. Roosevelta, Amerykanie starają się nie dopuszczać do sytuacji, gdy głowa państwa mogłaby dłużej niż 8 lat pełnić swoją funkcję. Złośliwi twierdzą,  że po zwycięstwie Hillary Clinton faktyczną władzę będzie sprawował jej mąż, który przecież był prezydentem 8 lat. Oczywiście formalnie to będzie małżonek Pani Prezydent, a nie głowa państwa.

Dr hab. Paweł Laidler jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego (Wydział Studiów Międzynarodowych i Politycznych, Instytut Amerykanistyki i Studiów Polonijnych) oraz członkiem Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych i Polskiego Towarzystwa Stosunków Międzynarodowych. Jest autorem monografii „Konstytucja Stanów Zjednoczonych: Przewodnik” oraz „Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych Ameryki: od prawa do polityki”.

Źródło:
Tematy

Komentarze (25)

dodaj komentarz
~Olo
Widzicie ten znak na zdjęciu? Great Seal of the United States. Wejdźcie teraz na strone Great Seal albo na Wikipedie angielską na Great Seal i zobaczcie... ich jawnym symbolem jest masońska piramida z masońskim wszechwidzącym okiem, a na dole napis Novus Ordo Seclorum - wszystko jawnie i bez maskowania
~SUKCES
wybory a co za tym idzie demokracja w USA to czysta fikcja .wyborcy mogą wybrać jednego a elektorzy pokazuja im wała i wybieraja innego
~Fred
sa elektorzy,a nad elektorami sa jeszcze SUPER ELEKTORZY,ktorzy glosuja wlasciwie w przypadku gdyby zwykli elektorzy zaglosowali nie wedlug wytycznych.Ale o tym juz pan profesor ani slowem.Meyor nowego yorku tez moze byc max wybrany na dwie kadencje-Bloomberg byl trzy...mozna? mozna...
~zez
Boże ale dramat ten "amerykanista", tyle kłamstw w jednym wywiadzie. Po pierwsze skoro elektorzy mogą de facto głosować jak chcą, to znaczy że NIE SĄ związani głosami swoich wyborców. Po drugie to NIE NARÓD głosuje na prezydenta, tylko poszczególne STANY. Każdy stan może sobie zmienić sposób wyboru swoich elektorów. Po Boże ale dramat ten "amerykanista", tyle kłamstw w jednym wywiadzie. Po pierwsze skoro elektorzy mogą de facto głosować jak chcą, to znaczy że NIE SĄ związani głosami swoich wyborców. Po drugie to NIE NARÓD głosuje na prezydenta, tylko poszczególne STANY. Każdy stan może sobie zmienić sposób wyboru swoich elektorów. Po trzecie ponieważ wybory nie są bezpośrednie to trudno w ogóle nazwać je demokratycznymi
~plebs
" ucierpiałaby demokracja"
trzeba tam wyslac KOD i komisje wenecka
~plutarch
Hillary, pokaż mu gdzie raki zimują!
~Reporter
W obecnej zagęszczonej sytuacji ekonomiczno politycznej i napięciami wewnątrz USA jest bardzo prawdopodobne panie profesorze że elity sterujące prezydentem o nazwisku „Obierak Banana” za jego pomocą wprowadzą Marshal law czyli „stan wojenny” I tym samym przebieg wyborów zostanie zatrzymany a nasza czarna pacynka automatycznie przejdzie W obecnej zagęszczonej sytuacji ekonomiczno politycznej i napięciami wewnątrz USA jest bardzo prawdopodobne panie profesorze że elity sterujące prezydentem o nazwisku „Obierak Banana” za jego pomocą wprowadzą Marshal law czyli „stan wojenny” I tym samym przebieg wyborów zostanie zatrzymany a nasza czarna pacynka automatycznie przejdzie do trzeciej kadencji. Boi pan się o tym głośno powiedzieć o czym już nawet wróble ćwierkają że jest takie bardzo duże prawdopodobieństwo ? No tak mógłby profesor okazać się politycznie niepoprawnym, i po co siać niepokój.
~plutarch
Jeśli by, odpukać, wygrał blond-narcyz, to w gabinecie owalnym znów może dochodzić do nieprzyjemnych historii. Ten typ tak ma.

Powiązane: Wybory w USA

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki