Poniedziałkowe wzrosty na nowojorskich parkietach tłumaczono tak samo jak ostatnio: bo podobno zmalało prawdopodobieństwo opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię.


Jeśli wierzyć tym komentarzom, to wszystko inne straciło znaczenie. Perspektywy globalnej gospodarki – nieważne. Podwyżki stóp procentowych w Rezerwie Federalnej – nieważne. Słabnące oczekiwane zyski amerykańskich spółek – też bez znaczenia. Liczyć się ma tylko Brexit.
I tak każdy sondaż pokazujący rosnącą przewagę zwolenników wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE wywołuje spadki. A każde badanie wskazujące na wzrost liczebności frakcji „Bremain” skutkuje nagłą poprawą nastrojów i rosnącym apetytem na ryzykowne aktywa. Doszło do tego, że finansiści częściej niż na dane finansowe spoglądają na kursy u bukmacherów.
Niezależnie od tego, jakim wynikiem zakończy się czwartkowe referendum w Wielkiej Brytanii rynki finansowe będą sobie musiały znaleźć nowe preteksty. Póki co wystarczyły dwa sondaże, aby indeksy w Europie wystrzeliły w górę po przeszło 3%.

Amerykanie byli bardziej stonowani. Dow Jones zyskał 0,73%, ale nie sforsował bariery 18.000 punktów. Tak samo jak S&P500, który nie dał rady poziomowi 2.100 pkt. i zwieńczył sesję wzrostem o 0,58%. Nasdaq urósł o 0,77%.
Choć „szerokość” rynku była imponująca (na NYSE na 1 walor zniżkujący przypadały aż 3,5 zwyżkujące), to „głębokość” pozostawiała nieco do życzenia: właściciela zmieniło 6,6 mld akcji, czyli o 230 mln mniej od średniej z poprzednich 20 sesji.
Krzysztof Kolany































































