Podczas wtorkowej sesji S&P500 podjął nieudaną próbę ataku na historyczne szczyty, ale i tak zdołał zakończyć dzień na najwyższym poziomie od 11 miesięcy. Mankamentem sesji były najniższe w tym roku obroty i liczebna przewaga spółek zniżkujących nad zwyżkującymi.


2.119,21 punktów – to maksymalna wartość indeksu S&P500 osiągnięta podczas wtorkowej sesji. W szczytowym momencie dnia oznaczało to zwyżkę o niespełna pół procent względem poniedziałkowego zamknięcia.
Nowojorskie indeksy rosły do połowy sesji, ale inwestorzy byli wyraźnie sparaliżowani bliskością historycznego maksimum na S&P500. Do jego wyrównania zabrakło 0,7%. W drugiej połowie dnia S&P500 oddał większość zysków, kończąc sesję wzrostem o zaledwie 0,13%. Dow Jones drgnął w górę o 0,1% i nie przełamał bariery 18.000 punktów. Nasdaq w końcówce handlu zabarwił się na czerwono i stracił 0,14%.
Sygnałem ostrzegawczym dla posiadaczy akcji powinny być niskie obroty, jakie towarzyszyły tej nieudanej próbie bicia historycznych rekordów. Wolumen kontraktów na E-mini S&P500 był najniższy w tym roku. Na rynku kasowym na obu nowojorskich giełdach właściciela zmieniło 6,4 mld akcji, czyli o pół miliarda mniej od i tak niezbyt wygórowanej średniej z poprzednich 20 sesji.
Wsparciem dla nowojorskich indeksów były spółki energetyczne – indeks sektorowy S&P Energy Sector poszedł w górę o 2,1%. Była to konsekwencja niemal dwuprocentowej zwyżki ropy naftowej, której ceny po obu stronach Atlantyku osiągnęły kilkumiesięczne maksima. Amerykańska ropa WTI po raz pierwszy od lipca 2015 roku zamknęła dzień powyżej 50 dolarów za baryłkę.

Pomimo bladej zieleni panującej na S&P500 i Dow Jonesie na całej NYSE spółek zniżkujących było o 66% więcej niż zwyżkujących. Na Nasdaqu sytuacja była bardziej zrównoważona: walorów tracących było tylko o 7% więcej niż zyskujących.




























































