
Image licensed by Ingram Image
W sierpniu produkcja przemysłowa wzrosła „tylko” o 8,9% rdr, co według chińskiego urzędu statystycznego było najgorszym wynikiem od 39 miesięcy. Jeszcze większym zaskoczeniem był spadek importu o 2,6% rdr, podczas gdy ekonomiści spodziewali się wzrostu o 3,5%. Te raporty potwierdziły obawy pesymistów. Analitycy z UBS obniżyli prognozę chińskiego PKB do 7,5%. Ekonomiści z ING Groep uważają, że będzie to tylko 7%, czyli najmniej od 1990 roku.
![]() | »Zakupy obligacji nie wystarczą, aby uratować strefę euro |
Lot koszący chińskiego smoka
Laikowi trudno w ogóle zrozumieć, nad czym ten lament. Przecież o 7-procentowym wzroście gospodarczym pogrążona w stagnacji Ameryka może w ogóle zapomnieć. Tak samo jak przeżywająca coraz głębszą recesję Europa Zachodnia. A i wiele gospodarek wschodzących na 7% zwyżki PKB nie ma co liczyć.
Tyle że wiarygodność chińskich danych gospodarczych jest podobna jak statystyki realizacji kolejnych planów 5-letnich w PRL. Podobieństw w sprawozdawczości gospodarczej bądź co bądź wciąż formalnie komunistycznej Chińskiej Republiki Ludowej jest więcej. W rządowe dane nie wierzą nawet członkowie rządu, co amerykańskiemu dyplomacie przyznał jeden z chińskich ministrów, a co ujawnił Wikileaks. Moim zdaniem można dość ostrożnie przyjąć, że prawdziwy wzrost gospodarczy w Chinach jest nawet o pięć punktów procentowych niższy od oficjalnie podawanego.
Taki stan rzeczy sugerują też doświadczenia z przełomu lat 2008-09. Gdy globalna gospodarka ugięła się pod ciężarem zapaści finansowej, także gospodarka ChRL stanęła w miejscu, a chińskie fabryki miały ponoć zwolnić ponad 20 mln pracowników tymczasowych. Masowe zwolnienia prowadzące do niepokojów społecznych są tymczasem ostatnią rzeczą, jakiej życzyliby sobie dygnitarze rządzącej Partii Komunistycznej.
Państwowe dopalacze
Dlatego chińskie władze robią, co tylko mogą, aby uniknąć recesji i tzw. „twardego lądowania” przegrzanej gospodarki. W tym celu Ludowy Bank Chin w lipcu dwukrotnie obniżył stopy procentowe, redukując główną stawkę do 6%. Gruszek w popiele nie zasypiał też rząd, ogłaszając nowy „pakiet stymulacyjny”. Czyli kolejną paczkę wydatków publicznych, mających na celu sztuczne podtrzymanie koniunktury gospodarczej.
Pekin zamierza wydać 157 mld dolarów - czyli niemal czterokrotnie mniej niż program z 2009 roku. Chińczycy z centralnej agencji planowania wymyślili budowę 2018 km autostrad, 172 km linii kolejowych, sieci metra w 18 miastach, 10 oczyszczalni ścieków i 7 portów. Być może chińskim komunistom uda się raz jeszcze rozruszać przeinwestowaną i opierającą się na tanim kredycie gospodarkę. A przynajmniej uniknąć załamania koniunktury przed jesienną zmianą warty na szczytach władzy.
Ale na dłuższą metę działania chińskich decydentów doprowadzą do kryzysu i załamania gospodarczego, przy którym ostatni kryzys w Stanach Zjednoczonych czy obecna recesja w Europie będą tylko łagodnym preludium. Chiny fundują sobie bańkę nieruchomościowo- budowlaną, jakiej świat jeszcze nie widział.
Niezamieszkałe miasta-widma, autostrady i linie kolejowe prowadzące donikąd to - obok setek tysięcy ton miedzi zalegających w szanghajskich magazynach - najbardziej widoczne symptomy przeinwestowania chińskiego smoka. Nowe wydatki na infrastrukturę to powielanie błędów Japonii czy Hiszpanii, gdzie bańka na nieruchomościach pogrążyła gospodarkę.
![]() | »Raport EFIX: W co inwestować we wrześniu? |
Im gorzej, tym lepiej
Póki co wszyscy się cieszą. Dla inwestorów z Szanghaju początek września był najlepszym okresem od stycznia. Z ulgą odetchnęli też Amerykanie, bo indeks S&P500 znalazł się na najwyższym poziomie od stycznia 2008 roku. Pod wpływem chińskich stymulantów w ostatnich tygodniach ostry rajd odnotowały surowce: indeks CRB wzrósł o 18%, odbijając się od najniższych poziomów od dwóch lat.
W ten oto sposób Chiny zbliżyły się do Stanów Zjednoczonych przynajmniej w aspekcie inwestycyjno-psychologicznym. Zarówno na Wall Street, jak i w Pekinie zaczęła obowiązywać zasada „im gorzej, tym lepiej”. Im gorsze dane napływają z gospodarki, tym szybciej rosną wyceny akcji. Bo przecież bank centralny albo rząd zacznie „stymulować gospodarkę”, czyli pompować pieniądze pożyczone lub dodrukowane na koszt społeczeństwa. Dla inwestorów nie ma to jednak żadnego znaczenia - grunt, że jest hossa. Tu i teraz. A po nas choćby potop.
Krzysztof Kolany
Główny analityk Bankier.pl































































