

Wynik czwartkowych wyborów parlamentarnych w W. Brytanii to zwycięstwo konserwatystów, triumf Szkockiej Partii Narodowej (SNP) i porażka laburzystów. Znane są już rezultaty w 638 z 650 okręgów. Torysi są blisko uzyskania większości parlamentarnej. Lider Partii Pracy, Ed Miliband podał sie do dymisji. W westminsterskich ławach nie zasiądzie Nigel Farage. Dotychczasowy lider UKIP również zrezygnował z kierowania partią. W związku z wyborczą klęską także Nick Clegg nie będzie już dłużej szefował Liberalnym Demokratom.
[Aktualizacja 19:10]
Po podliczeniu głosów ze wszystkich 650 okręgów wyborczych w Wielkiej Brytanii Partia Konserwatywna zdobyła w czwartkowych wyborach 331 miejsc w parlamencie, a laburzyści - 232. Oznacza to, że torysi zdobyli większość niezbędną do samodzielnego rządzenia.
Frekwencja wyborcza wyniosła 66,1 proc. i okazała się nieco wyższa niż w roku 2010.

[Aktualizacja 15:05]
Torysi mają ponad połowę miejsc w brytyjskiej Izbie Gmin. Z policzonych już głosów wynika, że zdobyli co najmniej 326 z 650 mandatów, co oznacza, że będą mogli rządzić samodzielnie.
Konserwatyści nie potrzebują koalicji
Lider Konserwatystów zapowiedział, że po wyborczym zwycięstwie stanie na czele większościowego rządu.
Tym razem Torysi do rządzenia nie będą potrzebowali koalicjanta. David Cameron, przemawiając przed swoją siedzibą na Downing Street 10, mówił, że Konserwatyści skupiają się na ludziach pracy. Obiecywał stworzenie trzech milionów praktyk zawodowych, ułatwienia w uzyskaniu pomocy przy opiece nad dziećmi, obniżanie podatków, budowanie domów, które ludzie będą mogli kupić, a także tworzenie nowych miejsc pracy. Powtórzył, że te kwestie zostaną poddane pod głosowanie w referendum o przyszłości Wielkiej Brytanii w Europie.
David Cameron zapowiedział także, że nowy rząd skupi się na decentralizacji regionów wchodzących w skład Zjednoczonego Królestwa.
Rządy tych narodów zostaną wzmocnione i otrzymają większe obowiązki. W Szkocji ma powstać najsilniejszy rząd z tego typu na świecie z szerokimi uprawnieniami w kwestii podatków.
Przywódca brytyjskich konserwatystów, którzy wygrali wczorajsze wybofarary, ponownie otrzyma misję sformowania nowego rządu. To 12-sty premier, któremu Elżbieta II powierza takie zadanie.

Po przeliczeniu głosów w 638 z 650 okręgów wyborczych, Partia Konserwatywna zdobyła 323 mandaty, Partia Pracy 228, Szkocka Partia Narodowa 56, a Liberalni Demokraci i unioniści z Irlandii Północnej po 8 mandatów.
Bezwzględna większość wynosi w Izbie Gmin 326 miejsc, chociaż w praktyce - jak pisze Reuters - 323 wystarczą, ponieważ nacjonalistyczna Sinn Feinn z Irlandii Północnej nie obsadza mandatów, które zdobywa w wyborach
Cameron: W ciągu kilku dni utworzę rząd po "mocnej nocy wyborczej"
Brytyjski premier David Cameron wyraził w piątek nadzieję, że w nadchodzących dniach sformuje rząd po - jak to ujął - "bardzo mocnej nocy wyborczej" dla konserwatystów.
"Jest to wyraźnie bardzo mocna noc wyborcza dla Partii Konserwatywnej" -powiedział Cameron, zastrzegając że jest zbyt wcześnie, by mówić o końcowych wynikach. Podkreślił, że jego cel pozostaje niezmienny - ma nadzieję rządzić na rzecz każdego obywatela.
Sukces SNP
Jeśli wyniki sondażu się potwierdzą, wybory okażą się wielkim triumfem SNP. Partia ta miała dotąd sześciu deputowanych, a w czwartek zdobyła 56 z 59 mandatów, o które toczyła się walka wyborcza w Szkocji. Dotychczas na szkockiej scenie politycznej dominowali laburzyści.
Czwartkowy sondaż exit poll był sporym zaskoczeniem - przedwyborcze badania opinii publicznej wskazywały na bardzo wyrównaną rywalizację między konserwatystami a laburzystami. Zaś triumf SNP jest tak wielki, że przywódczyni tej partii Nicola Sturgeon wręcz wzywała po ogłoszeniu wyniku sondażu, by podchodzić do niego bardzo ostrożnie.
Lider Partii Pracy podaje się do dymisji
Przywódca Partii Pracy Ed Miliband podał się w piątek do dymisji po klęsce w czwartkowych wyborach parlamentarnych w W. Brytanii. Po przeliczeniu przeważającej liczby głosów laburzyści zdobyli 230 mandatów, podczas gdy torysi - 326 i będą rządzić samodzielnie.
Miliband powiedział, że jest mu "bardzo przykro" z uwagi na wszystkich kolegów, którzy stracili mandaty. Podkreślił, że jako lider laburzystów przez ostatnie prawie pięć lat zrobił wszystko, co mógł i bierze "absolutną i całkowitą odpowiedzialność" za porażkę swego ugrupowania.
"Wielka Brytania potrzebuje silnej Partii Pracy. Wielka Brytania potrzebuje Partii Pracy, która może się odbudować po klęsce i możemy mieć rząd, który znów ujmie się za ludźmi pracy" - powiedział na spotkaniu partyjnym.
Miliband poinformował, że do czasu wyborów przywództwo w partii przejmie wiceprzewodnicząca Harriet Harman. Będzie ona reprezentować Partię Pracy na popołudniowych obchodach w Londynie z okazji 70. rocznicy zakończenia II wojny światowej.
Miliband wskazał, że noc, podczas której liczono głosy, była "bardzo rozczarowująca i trudna" dla jego ugrupowania. Agencja Reutera podkreśla, że jeśli sondaże się potwierdzą, będzie to najgorszy wynik laburzystów w ciągu bez mała trzech dekad.
Szef Partii Pracy wyraził "głębokie ubolewanie" z powodu tego, co stało się w wyborach w Wielkiej Brytanii, zwłaszcza w Szkocji, gdzie - jak to ujął - fala nacjonalizmu zmiażdżyła laburzystów.
Clegg rezygnuje z bycia szefem Liberalnych Demokratów
W związku z wyborczą klęską Nick Clegg zrezygnował z bycia szefem Liberalnych Demokratów. To ugrupowanie do tej pory tworzyło rząd z Konserwatystami, a Clegg był wicepremierem.To efekt utraty prawie 50 miejsc w parlamencie.
Brytyjski polityk nie krył rozczarowania wynikiem wyborów. "Są one o wiele bardziej bardziej rozczarowujące i niepożądane niż kiedykolwiek mogłem się obawiać" - powiedział Nick Clegg i dodał, że w związku z tym musi podać się do dymisji.
Według najnowszych wyników z prawie 100 procent okręgów wyborczych, Liberalni Demokraci zdobędą jedynie 8 mandatów, tracąc 47 miejsc w parlamencie.
Wybory w Wielkiej Brytanii wygrali Konserwatyści premiera Davida Camerona. Tym razem Torysi będą samodzielnie tworzyli rząd.
Szefowa SNP: Laburzyści od lat tracili zaufanie Szkotów
Przywódczyni Szkockiej Partii Narodowej (SNP) Nicola Sturgeon powiedziała - komentując świetny rezultat tej partii w czwartkowych wyborach, że laburzyści "tracili zaufanie narodu szkockiego" od lat.
Sturgeon oświadczyła w piątek nad ranem, że Szkockiej Partii Narodowej nie można obwiniać za dobry wynik wyborczy konserwatystów, oznaczający, że ich przywódca David Cameron ponownie będzie premierem. Odpowiada za to Partia Pracy, która nie wygrała konserwatystami w - Anglii, a nie SNP - powiedziała Sturgeon w BBC.
Szef dyplomacji w gabinecie cieni laburzystów Douglas Alexander, pokonany w wyborach w Szkocji przez 20-letnią studentkę Mhairi Black, przyznał, że "Szkocja postanowiła sprzeciwić się rządowi konserwatystów, ale nie obdarzyła zaufaniem Partii Pracy.
Co oznacza sukces torysów?
Socjolog i dyrektor Londyńskiej Szkoły Ekonomii i Nauk Politycznych (LSE) profesor Craig Calhoun powiedział w czwartek PAP, że wyniki exit polls świadczą o niespodziewanie dużym sukcesie Partii Konserwatywnej i Davida Camerona, który dzięki temu zrealizuje swój plan i utrzyma władzę.
Jest wiele scenariuszy (dotyczących kształtu nowego rządu). Jednym z nich jest utworzenie gabinetu mniejszościowego i przy takich wynikach Cameron może zdecydować się na takie rozwiązanie. To ryzykowne posunięcie, ale jeżeli nie uda mu się w ten sposób sprawnie rządzić, może doprowadzić do przyspieszonych wyborów. Torysi mają pieniądze, a laburzyści nie; dlatego przyspieszone wybory są zdecydowanie lepszym rozwiązaniem dla Partii Konserwatywnej - ocenił prof. Calhoun.
Jednak bardziej prawdopodobnym scenariuszem jest powtórzenie koalicji z Liberalnymi Demokratami - prognozuje socjolog LSE w rozmowie z PAP. Zaznacza jednak, że do nowego rządu nie zostanie dopuszczona Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), o czym wcześniej spekulowały brytyjskie media w analizach przedwyborczych.
Ekspertka: Konserwatyści skazani na referendum
Partia Konserwatywna i David Cameron są skazani na referendum ws. potencjalnego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Brytyjczycy zadecydują jednak o pozostaniu kraju w strukturach unijnych - powiedziała w piątek PAP prof. Carol Harlow.
Ekspertka ds. europejskiego prawa publicznego z London School of Economics and Political Science zwróciła uwagę, że wiele wskazuje na to, iż Cameron nie chce referendum unijnego, ale musi o nie zabiegać, aby utrzymać w ten sposób kontrolę nad swoją partią. W ocenie prof. Harlow szef brytyjskiego rządu ma w pamięci wyniki zeszłorocznego głosowania Szkotów na temat ich przyszłości w Zjednoczonym Królestwie.
To, że Szkoci opowiedzieli się zdecydowanie za pozostaniem w Wielkiej Brytanii stawia Camerona w niesłychanie trudnej sytuacji. Dlatego ciężko mi sobie wyobrazić, że Brytyjczycy, pamiętając wynik szkockiego referendum, mieliby opowiedzieć się za wyjściem z UE. (...) Nie sądzę, aby tak się stało, zwłaszcza że sondaże pokazują, iż eurosceptyczna Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa nie cieszy się dużym poparciem, co też świadczy o nastrojach społecznych - oceniła ekspertka ds. europejskiego prawa publicznego.
Nie wykluczyła też, że pomocną dłoń do Camerona może wyciągnąć w tej sytuacji UE, idąc na pewne ustępstwa wobec Wielkiej Brytanii. W ten sposób szef brytyjskiego gabinetu mógłby uniknąć konieczności podnoszenia tematu referendum.
Odnosząc się do tematu imigracji powiedziała, że nowy rząd będzie musiał się zmierzyć nie tyle z problemem ludzi przybywających z UE, co z problemem tych, którzy uciekają przez Morze Śródziemne z Afryki i Azji. Jednak, jej zdaniem, kwestia imigrantów m.in. z Polski nie będzie podejmowana przez nowy rząd Camerona.
Osobiście nie obawiałabym się Davida Camerona. Byłabym natomiast bardzo zaniepokojona wizją torysów bez Camerona. W takim wypadku partia mogłaby się podzielić, do czego w przeszłości parę razy prawie doszło. Tak naprawdę nikt o tym nie mówi, ale po drugiej wojnie światowej nasza polityka miała charakter dwupartyjny, jednak w rzeczywistości każde z tych dwóch ugrupowań było sumą mniejszych koalicji, które zgodziły się podążać za liderami. (...) Jeżeli Cameron i (przywódca Liberalnych Demokratów Nick) Clegg nie stworzą koalicji, jeżeli Clegg straci swoje miejsce (w Izbie Gmin), obawiam się, podziałów wśród torysów i przesunięcia w prawą stronę - oceniła prof. Harlow.
Socjolog LSE uważa, że formowanie nowego rządu nie powinno potrwać długo - zajmie to zapewne kilka dni.
Z Londynu Łukasz Marciniak (PAP)
IAR/PAP






























































