Polska, reprezentowana przez Leszka Balcerowicza, jako jedyny kraj Wspólnoty nie zgodziła się, by banki podlegały jedynie nadzorowi kraju pochodzenia, a nie kraju działania. Cóż to bowiem oznacza dla państwa, w którym – jak w Polsce – 70 proc. sektora bankowego kontrolowane jest przez kapitał zagraniczny? Łatwo sobie wyobrazić, że w prosty sposób owa część sektora bankowego przekształcona może zostać w filie zagranicznych banków, a w takim przypadku kontrola polskiego nadzoru staje się mniej lub bardziej iluzoryczna. Ewentualne jednak straty pokrywać musi polski Bankowy Fundusz Gwarancyjny, czyli – podatnik, a więc ostatecznie – my.
Obecny konflikt i nacisk polityczny na KNB został wykorzystany przez irlandzkiego komisarza McCreevy. Zwrócił się on ponownie do wszystkich 25 krajów o przyjęcie dyrektywy o podległości działających w innych krajach Unii oddziałów, czyli poddawaniu ich jedynie kontroli nadzoru bankowego kraju pochodzenia. W wojnie o wprowadzenie tej dyrektywy można liczyć się z solidarnym oddziaływaniem większości sektora bankowego, któremu perspektywa funkcjonowania faktycznie ze słabą lub żadną kontrolą władz wydaje się nęcąca.
W przypadku Polski, gdzie zasadnicza część sektora bankowego znalazłaby się poza jakąkolwiek kontrolą państwa, mogłoby to skończyć się tragicznie.
Dlatego słusznie, że zarówno rząd, jak i polski nadzór bankowy, zajęły w tej sprawie wspólne stanowisko. Źle by się stało, gdyby wyczerpane bojami obie instytucje zmieniły zdanie. Konsekwencje byłyby znacznie poważniejsze niż w wyniku przeprowadzenia fuzji Pekao-BPH.
Iwona Kwiecińska-Kałuża































































