Całe zamieszanie wynika z faktu, iż Orlen podpisał umowę z czeskim biznesmenem, która zakłada sprzedaż 40% akcji chemicznej części Unipetrolu za bezcen. Gdyby Orlen zdecydował się na zrealizowanie tej transakcji, straci co najmniej 800 mln zł. Jedynym sensownym wyjściem z tej sytuacji jest zerwanie umowy i zapłacenie 300 mln zł kary.
Według niektórych opinii, niekorzystna transakcja mogła być ukrytą łapówką dla polityków czeskich za wyrażenie zgody na sprzedaż firmy polskiemu inwestorowi. Jednak były minister finansów Czech, Pavel Metlik wskazuje, że Orlen był jedynym inwestorem, z którym prowadzono finalne negocjacje i z tego powodu płocki koncern naftowy nie czuł potrzeby wręczania łapówki, gdyby pojawiła się silna konkurencja sytuacja zapewne zmieniłaby się diametralnie.
Bardziej prawdopodobne jest, że czeski biznesmen Andrej Babisz, wręczył łapówki. Tylko nie Czechom, a menedżerom Orlenu. Wszystko po to, by podpisać umowę, na której zarobi ponad 800 mln zł.
Są małe szanse na skuteczne przeprowadzenie śledztwa w sprawie korupcji przy prywatyzacji Unipetrolu – zbyt wiele osób chce ją jak najszybciej zakończyć. Przedstawiciel Transparency International nie wierzy, że czeski rząd nic nie wiedział o tajnych umowach między Orlenem a Babiszem.
Wiadomo, że szefowie Orlenu nie widzą lepszego wyjścia, niż zapłacenie kary za zerwanie umowy z czeskim biznesmenem. Będzie to korzystniejsze rozwiązanie dla akcjonariuszy zarówno Unipetrolu, jak i Orlenu.
R.K.
Źródło: Gazeta Wyborcza


























































