

Znika największe obozowisko bezdomnych w Stanach Zjednoczonych. Władze kalifornijskiego San Jose podjęły decyzje o zrównaniu z ziemią dzikich slumsów.

Część bezdomnych nadal nocuje w obozowisku. Szałasy są rozebrane, ale budy na drzewach i ziemianki określane jako "nory hobbitów" wciąż tu są. Aby zapuścić się w tzw. "Dżunglę" trzeba zejść po zboczu do potoku. Na jego brzegu stoi Du Tang, buddyjski mnich z Wietnamu. Przyznaje, że niewiele mógł zrobić dla mieszkańców obozu.
"Dałem im jedzenie, dałem książki, chciałem pomóc"- mówi. Na razie nie tylko on nie wie, jak pomóc bezdomnym. Władze San Jose też mają z tym kłopot. Problem był długo zamiatany pod dywan. Nie pasował do wizerunku miasta z Doliny Krzemowej, a więc jednego z najbogatszych i najbezpieczniejszych regionów USA.

Slumsy tolerowano. Ich los przypieczętowali jednak ... ekolodzy, kiedy okazało, że niehigieniczne warunki w obozie doprowadziły do wytrzebienia z potoku chronionego gatunku pstrąga. Bezdomni nie mogą uwierzyć, że to koniec obozowiska. Niektórzy mówią, że wrócą.
Informacyjna Agencja Radiowa/(IAR) M.Gacyk/San Francisco/sk



























































