Na warszawskiej giełdzie mamy bessę pełną gębą i już nie ma sensu tego faktu ukrywać. Wystarczy spojrzeć, jak słabo radzi sobie grupa spółek, które jeszcze nie tak dawno były liderami hossy.


Na Wall Street mówią, że każda hossa ma swoich liderów. Czyli spółki, których akcje drożeją najmocniej i na których skupia się uwaga inwestorów. I że siłę trendu mierzy się siłą jego liderów. Gdy ci zaczynają słabnąć, nadchodzi bessa, która jeszcze przez długie miesiące może nie być zbyt widoczna na poziomie indeksów. Dlatego warto przyjrzeć się tym walorom, które w poprzednich latach napędzały hossę na warszawskim parkiecie.
Wybór jest w znacznej mierze subiektywny. Kryteria były trzy. Po pierwsze, spółka jest albo odpowiednio duża (w sensie kapitalizacji), albo odpowiednio znana i „medialna”. Po drugie, jej notowania w ciągu ostatnich miesięcy doznały spadku o przynajmniej 30% od szczytu. I po trzecie, jest to spółka, która w poprzednich latach dała dobrze zarobić. Kandydatów do roli spadających gwiazd nie zabrakło. Ograniczyłem się do sześciu – w mojej ocenie – najbardziej jaskrawych przypadków.
LiveChat Software
Niby wszystko jest w porządku. Technologiczna spółka powiększa bazę klientów, utrzymuje wysoką dynamikę przychodów i wypracowuje coraz wyższe zyski. Ale dla inwestorów ostatnie kwartały są gehenną. Od połowy 2017 roku kurs LiveChata znajduje się w spadku swobodnym, zniżkując o przeszło 60% od szczytu. Po tej przecenie wskaźnik c/z spadł do rzadko spotykanego w spółkach technologicznych poziomu 11,2.
Wrocławska firma padła ofiarą własnego sukcesu i rozbuchanych oczekiwań inwestorów. Dwa lata temu zakładano, że liczba klientów LiveChata będzie rosła wykładniczo i że uda się zdominować lukratywny rynek komunikatorów firmowych. Tak się jednak nie stało. Owszem, LiveChat zarabia i powiększa bazę klientów, ale chyba już nie zdoła podbić branży. Zapewne też nieprzypadkowo kursowa katastrofa nastąpiła w momencie, gdy na rynek postanowił wejść Facebook. Choć rok temu zarząd LiveChata zapewniał, że ruch firmy Zuckerberga nie przeszkodzi mu w rozwoju, to inwestorzy najwyraźniej nie uwierzyli w te zapewnienia. W najnowszym raporcie analitycy BM Santandera obniżyli wycenę akcji Livechata do 20 zł i wydali rekomendację „sprzedaj”.

Grupa Azoty
To przypadek z kompletnych antypodów LiveChata, ale chyba równie bolesny dla inwestorów. Może mało kto już pamięta, ale w latach 2012-15 Azoty były prawdziwą gwiazdą GPW. Akcje producenta nawozów sztucznych podrożały z 25 zł do 113 zł. I od tamtej pory (czyli od grudnia 2015) potaniały do 23,50 zł, a więc o blisko 80%. Tylko od początku roku kurs Azotów spadł o 65%.
Tarnowskiej spółce szkodzą rosnące ceny gazu ziemnego-czyli głównego surowca. Azotów nie rozpieszcza też koniunktura w branży chemicznej – przychody od kilku lat nie rosną i to pomimo przejęć i inwestycji. Dodatkowo Azoty rozczarowały wynikami za pierwsze półrocze. „Spółka zanotowała wyraźny spadek średnich cen nawozów przy presji na kosztach surowców energetycznych i CO2” – napisali analitycy DM BDM we wrześniowym raporcie. Mamy więc spółkę bez wyraźnych perspektyw wzrostowych, obarczonych rosnącymi kosztami energii oraz przeprowadzającą kosztowne akwizycje.
CD Projekt
Do niedawna Święty Graal inwestorów z GPW. Spółka, której kapitalizacja rosła w każdych warunkach i która wydawała się nie mieć limitów wzrostu. A jednak po osiągnięciu 21 miliardów złotych kapitalizacji rzeczywistość powiedziała: STOP. Od tego czasu kurs CD Projektu zaliczył zjazd o jedną trzecią. Co nie zmienia faktu, że walory CD Projektu są notowane o 50% wyżej niż na początku roku.
„Wiedźmińska” spółka jest liderem polskiej branży growej i zarazem liderem hossy na spółkach gamingowych. Ale nawet kolejne sukcesy i rozbudzone oczekiwania związane z „Cyberpunkiem” mają swoje ograniczenia. Trzeba wykazać się nie lada optymizmem, aby wyobrazić sobie CD Projekt z regularnymi zyskami przekraczającymi miliard złotych rocznie – a chyba dopiero taki wynik uzasadniałby wyceny rzędu 15-20 mld zł.
Czytaj dalej: dominator branży budowlanej, lider postbrexitowej hossy i największa porażka mWIG-u
Budimex
Dominator (prawie trzy miliardy złotych kapitalizacji) reprezentowanej na GPW branży budowlanej przez długi czas wydawał się niezatapialny. Między sierpniem 2012 a majem 2017 kurs akcji Budimeksu wzrósł z niespełna 50 zł do 287 zł – czyli niemal sześciokrotnie. Aż tegorocznej wiosny inwestorzy i analitycy gremialnie ignorowali czarne chmury zbierające się nad całą branżą: rosnące koszty robocizny i materiałów oraz drastyczny spadek rentowności nowych kontraktów. Sytuacja była tak absurdalna, że przed pogorszeniem wyników ostrzegał sam prezes Budimeksu, a inwestorzy mu nie wierzyli. Jeszcze w czerwcu analitycy DM mBanku wyceniali akcje spółki na 163 zł.
Uwierzyli dopiero w maju. Kurs Budimeksu runął w dół, obniżając się z 200 zł do niespełna 100 zł pod koniec września. 50-procentowa przecena giganta polskiej branży budowlanej w ciągu zaledwie czterech miesięcy robi spore wrażenie. Teraz ostatnie dostępne w bazie Bankier.pl raporty analityczne zalecają akcjonariuszom Budimeksu „sprzedaj” lub „redukuj”, a ceny docelowe zostały obniżone w okolice 110 zł. Drastyczna przecena i pesymistyczne prognozy na 2019 rok to jednak coś, co do spółki może przyciągnąć kontrariańsko nastawionych inwestorów.
Ursus
Chyba najlepszy symbol postbrexitowej hossy na GPW. Szybki wzlot z ok. 2,50 zł w marcu 2017 do przeszło 6 złotych za akcję w dwa miesiące później. I od tego czasu równia pochyła kursu, prowadząca do zaledwie 1,53 zł pod koniec października 2018. Roczna stopa zwrotu: -60%.
A miało być tak pięknie. Ciągniki Ursusa przy wsparciu polskiego rządu miały podbijać ugory Afryki. Spółka miała też wyspecjalizować się w produkcji elektrycznych autobusów – rok temu Ursus Bus wygrał nawet przetarg na dostawę 47 maszyn do Zielonej Góry. Miraż sukcesu prysł jednak dość szybko. 1 października Ursus poinformował akcjonariuszy o 16 mln zł straty w pierwszym półroczu. Spółka skarżyła się na opóźnienia w realizacji wniosków w ramach dopłat unijnych z programu PROW 2014-20, co skutkowało załamaniem sprzedaży ciągników. Przez 9 miesięcy 2019 roku Ursus zarejestrował o ponad połowę mniejszą liczbę sprzedanych maszyn.
Sytuacja spółki pogorszyła się na tyle, że zarząd oznajmił, iż pracuje nad programem naprawczym. „Na obecnym etapie zarząd analizuje sytuację płynnościową spółki i grupy. Rozważamy różne scenariusze uzdrowienia finansów i już niebawem przedstawimy naszym akcjonariuszom i kontrahentom kompleksową propozycję wyjścia z tej wymagającej sytuacji” – oznajmił Ursus. Na ratunek spółce ruszył jej główny akcjonariusz, który we wrześniu objął 3,3 mln akcji nowej emisji, zasilając firmę 8,25 mln zł świeżego kapitału.
Medicalalgorihmics
Casus LiveChata do kwadratu i największa porażka w mWIG-u od czasu GetBacku. Tylko przez ostatnie pół roku kurs tej technologicznej spółki zanurkował o przeszło 70%. W szczycie hossy walory Medicalalgorihmics „chodziły” po przeszło 340 złotych – obecny kurs (45,60 zł) znajduje się o 87% niżej. Firma miała wziąć udział w technologicznej rewolucji branży medycznej, oferując innowacyjny sprzęt do diagnostyki pracy serca. Niestety znów okazało się, że konkurencja w branży technologicznej jest szybka i bezlitosna. W LiveChata uderzył Facebook, a Medicalalgorihmics otrzymał cios od Apple’a, którego nowy smartwatch ma wbudowane czujniki pozwalające na monitorowanie pracy serca użytkownika. I tak samo jak w przypadku LiveChata prezes Medicalalgorihmics zapowiadał, że kalifornijska spółka nie tylko wygryzie ich z biznesu, ale jeszcze poszerzy krąg klientów. I w tym przypadku rynek nie uwierzył, przeceniając walory technologicznej spółki o 12%.
Problemy spółki pogłębiła decyzja teksańskiego fiskusa oraz słabe wyniki za drugi kwartał. Słaba sprzedaż i kłopoty na rynku amerykańskim doprowadziły do tego, że w październiku Medicalalgorihmics dołączyły do niesławnego klubu „przeglądaczy opcji strategicznych”.






























































